ICHTIS.FC
Forum Wspólnoty ICHTIS z Wrocławia

Pozostałe - No... w sensie, że się nawróciłam

Ewa - 06-03-05, 14:45
Temat postu: No... w sensie, że się nawróciłam
Bo ja kurde nie mogę znaleźć tego tematu, co tam pisaliśmy, że się nawracamy, to se musiałam kurde normalnie nowy założyć.
Więc ja chciałam powiedzieć, że ten koleś, co dziś został uzdrowiony, to jak on poszedł do faryzeuszy, to on im tak fajnie o Panu Bogu mówił! I co Pan Jezus zrobił, to on im powiedział. No, to ja też chcę!
I jeszcze, bo Pan Jezus, to mu błoto zrobił, se nim go posmarował i się obmyć kazał. I ja se tak myślę, że Pan Jezus mi to tak samo robi. Że tak o to jest normalnie, a czasem to mi takim błockiem chlapnie i ja wtedy widzę, że kurde - coś jest nie tak i se do spowiedzi idę- żeby się oczyścić.
I kurde jeszcze - bo ja taka zła na siebie zawsze byłam,ze do spowiedzi, to ja zazwyczaj w niedzielę, ze mi to tak zawsze jakby na ostatnią chwilę wychodzi ( biedny braciszek:( ) a tak se teraz myślę, że tego kolesia, to On też w szabat uzdrowił - i tak fajnie, że w dzień święty! Fajnie!
No i ten koleś to w ogóle tak fajnie o Nim gadał... tak, że: ja nie wiem, czy jest grzesznikiem, ale wiem, że mi otworzył oczy: że nie trzeba być świetnie wykształconym, żęby wierzyć w Pana Boga... i tak kurde fajnie gadał, że... że... że to normalnie mój idol od dziś będzie!!!!!!!! AaAaAa... Fajnie!
Dzięki!
Już!

Bezdomna - 07-03-05, 00:53

a u mnie się zrobiło ostatnio tak niefajnie..tak bardzo bardzo..wsyztsko sie zaczelo walić i jakos tak..bo czasem sie narzeka i narzeka i jakos samemu te problemy stwarza, ja taka tendencje mam czasem, musze sie nawrocić, ale akurat te sa całkiem relane i po prostuu są..nie da sie ich ominąc, tylko trzeba w nie wkroczyć..no wlasnie..byłam sobie ostatnio na Mszy w tygodniu.to był cholernie zryty dzień i czułam sie jakso tak strasznie sama z tymi swoimi myslami i problemami..i chociaz mialam kolo siebie przyjaciół to jakas taka totalna pustka.dziwne uczucie ze ktos stoi obok a tak naprawde jest gdzies daleko..i tak se myśle..no msza, Pan Jezus.fajnie..przyjełam Go, klęknęlam..i pustka..i taka zła az byłam, bo zawsze po przyjeciu komunii jakso tak fajnie mam..juz tak sie jakso nawet przyzwyczaiiłam, ze w serduchu taki pokój i jakos dobrze, po prostu dobrze.a tu zonk..bo nie dosc ze niedobrze to ejszcze o jakim pokoju my tu mowimy..za chwile doslownie byla adoracja a tu jeszcze gorzej..spanikowalam normalnie..Jezus w sercu, Jezus w monstrancji, gdzie nie spojrzę dookoła Jezus, ale taaaaki daleki...ale zła byłam..bo co to ma być..wszystko nawala to i Panu Bogu nie chce się ładnie mna zająć???? taki totalny stan opuszczenia..trwał jeszcze pare godzin, takich naprawde zrytych i ciezkich godzin..tego dnia kupilam sobie akurat płytke Wspolnoty Miułości..itd..a tam jest taka pioseneczka " Boże mój Boże dlaczego opuściłes mnie w moim utrapieniu, wołałem do Ciebie przez cały dzień, a TY skryłeś przede mną Swoje uszy"...kurcze..przeraźliwie smutna jest ta piosenka musze przyznac...ale dopiero wtedy, na tej Mszy zrozumialam co miał na myśli Jezus jak krzyczał "Boże moj..."..ze czasem trzeba wlasnie takiego doświadczenia opuszczenia nawet przez Pana Boga, takiej totalnej samotności, skrajnej, najbardziej wymownej..Jezus też tak miał..kurcze..a przeciez Sam jest Bogiem...paradoksalne, ze przyjał na Siebie takie doświadczenie..No i tak naprawdę kiedy Pana Boga juz tak totalnie nie widać to przecież jest wtedy najbardziej...tak strasznie głęboko, że go nie dostrzegamy...fajnie.amen.bo poźno.....skonczylam, idem spac, kocham Was, przperaszam ze popełniłam aż tak długiego posta, ale rzadko mi sie to zdarza.
prałat - 07-03-05, 10:15

ja tez się nawróciłem jak Lila przysłała mi życzenia. DZIĘKI WIELKI8E :*
Lil - 07-03-05, 15:43

nie ma za co..:*
ZDOMNA - 07-03-05, 20:51

No to ja z tegoż miejsca pozdrawiam Bezdomka.Ja tez mam w ogóle do..do tyłka.Pan Bóg jest teraz dla mnie tak niezrozumiały jak wyższa matematyka...Normalnie kurde mam takie wrazenie jakby stał z boku i patrzył co sie dzieje ale nic nie mówił , nic nie robił , nic nie pomagał...Z dnia na dzien to kurka tak coraz bliżej dna( no ale ponoć od dna sie można odbic...byle by tylko sie dno nie oberwało...). I normalnie Pan Bóg zaczął mine wkurzac, tak serio , ze ojej i nakrzyczałam na niego , ze "taaaaaa , taaaaa tego nie ruszaj , to pokazujesz i mówisz "nie dotykaj" , "to mozesz wziac ale nie na długo" itp, itd ehhh normalnie , bo ja i z natury i z zasady jestem uparta i jak czegos chce to bede Mu jeczec i jeczec..no i tak jecze zeby kurka cos powiedział czy jak...heheh no i Jezus normalnie juz chyba miał dość i powiedział ze połamie reke faraona i w ogóle ze Egipt popamieta. No i ja sobie myśle..jaki kurde Egipt ..no i zaskoczyłąm w koncu:):):):) NOrmalnie przeciez Mojżesz skad uciekał , przez co szedł i tam nawet Bóg nakrył stół ..ehh co za Pan Bóg..hmmm...czasami warto być upierdliwym:):):)

[ Dodano: Pon Mar 07, 2005 8:52 pm ]

Ewa - 09-03-05, 20:23
Temat postu: aAaAaAa...
Ej, no po prostu muszę!
Bo ja se dziś idę na spotkanie z Paulinką i ktoś za nami krzyczy: "przepraszam, przepraszam..." odwracamy się, a tu taka pani dodbiega: "to jest ta dziewczyna, co śpiewa psalmy?" - podaje mi rękę "Bardzo Ci dziękuję!" Ona se poszła a mi się tak dziwnie zrobiło, tak... no po prostu... jejku, po żadnym wylaniu Ducha św. tak się nie czułam... się rozryczałam tam i nie mogłam... to było tak strasznie niesamowite, że... kurde... jak będę śpiewać psalm w tę niedzielę (bo się już tydzień temu zdeklarowałam) to normalnie się chyba rozryczę przy tej ambonce... aAaAaAa...
Sorry, że się tak chwalę, ale ta pani miała w sobie tyle Pana Boga, że aż mi Go kawałek wylała... aAaAaAa...

ZDOMNA - 24-03-05, 10:48

Normlanie , Zdom zamurowany , grupka zdoma jest zdolna;) i w ogóle ich te biodra przetracone;) karki , nogi i w ogóle , normlanie Pan Bóg jest:):)
Bezdomna - 18-04-05, 01:10

heh..to może będzie głupie co napiszę, ale jakoś tak...byłam sobie dziś , no..wczoraj na naszej 19 stce i mialam problem z Panem Jezusem, w sensie że Go przyjęłam.i już mieliśmy spiewać a On mi się normlanei przyssał..i tak klecze i zamiast jakos sie pomodlić usiłowałam się uwolnić.."Panie Jezu zejdź"to taka żadna modlitwa w sumie..i nic i nic..i normlanie..normlanie mnie walneło..że kiedy przyjmujemy Pana Jezusa On staje się jednościa z nami, z naszym ciałem..śpiewamy"przemień mnie w Siebie bym jak Ty stał się chlebem"..On tak wniknął we mnie że za zadne skarby nie mogłam się "uwolnić"...tak troszke jak takie małe dzieci, które czasem tak przylgną, że nie sposób wziać je za małe raczki i powiedzieć"idz sobie"...mam nadzieje ze będzie mnie przemieniał w Siebie...aa...i wkoncu "poszedł dalej":Pno dalej wnikać..niekoniecznie w podniebienie:)
Ewa - 18-04-05, 09:54

Bezdomna, ale Ty fajna jesteś!
Ja też tak czasem mówię "Panie Jezu, zejdź", na przykład:
Pan Jezus: Ewa, idź się pomódl
Ja: później
Pan Jezus: Ewa, idź się pomódl, póżniej nie będzie czasu
Ja: będzie, będzie - ja chyba wiem lepiej co będę robic wieczorem, nie? Juz sobie zaplanowałam, ze dzis nigdzie nie wychodze
Ewa, idź się pomódl
Ja: Panie Jezu, zejdz ze mnie, daj mi spokoj!

O matko! Jak mi sie nie bedzie chcialo modlic to sobie przypomne tego gupiego posta i se chyba pojde od razu :629:

Bezdomna, kocham Cię

Bezdomna - 21-04-05, 22:39

a ja sobie dziś byłam na mszy i było fajne kazanie naszego ojca Wikarego..fajne..było o wielu rzeczach, ale jak zwykle gdzieś odlatywałam, myslac o tysiącu rzeczy anraz, ale jedno mi utkwił.Jakoś tak fajnie mowił, że jesteśmy tacy zalatani, zmarnowani, narzekamy z enie mamy na nic siły i gdzies nam umyka i kontakt z Najwyższym i takie normalne otwarcie się na ludzi wokoło, którcyh nam tam Jahwe popodsyłał pewnie w jakims waznym celu:)a tak naprawdę zeby dbac o to nie trzeba tak duzo, wystarcza takie małe rzeczy...np.ktoś wejdzie na gg widzac cie dostepną tylko po to zeby sprawdzic czy zyjesz, bo wie, ze wieczorem był dołek..w zasadzie sie spieszy, ale nie mogł nie sprawdzic - koszt czasu 5 min...albo ktoś wiedząc ze uwielbiasz sernik poda ci go kiedy wpadniesz do niego z wizytą, albo wiedzac ze nie cierpisz stac na przystanku sam(a)postoi z Toba, chociaz na dworze zzziiimno..albo dostaniesz nad ranem smsa, który mimo tego ze cie obudził to jednak swoja trescia przekona ze naprawde warto jest wstać( pomimo tego ze na dworze nadal zimno), albo ktos wykona zaledwie 4 minutowy telefon z komorki tylko po to zeby uslyszec twoj glos..albo kupi ci bez okazji kwiatka, albo wcisnie w reke jakas fajna karteczkę z jeszcze fajniejszą treścią, albo napisze ci list, bo wie że sikasz ze szcześcia jak te listy dostajesz raz na ruski rok., itp itd....przykłady moznaby mnozyc..chyba sie musze postarac zeby byc choc troszke taka miła jak piszę:)no..to fajne jest...fajne są małe rzeczy, bo jakos rozswietlaja to wszytsko. jak sie idzie ulica i ktoś sie do nas usmiechnie to jakos tak na chwile przestaje byc saro i anonimowo..a to juz wogole niewiele kosztuje..chyba Panu bogu tez by było całkiem fajnie gdybysmy do Niego czasem ucieszyli miskę...to tez nie wymaga wiele czasu..fajne.fajne kazanie.fajnie było pierwszy raz usłyszec "i z naszym papieżem Benedyktem"
prałat - 24-04-05, 10:41

ojciec Wikary wogle jest fajny. fajnie spowiada
Bezdomna - 29-04-05, 00:27

a ja dzis bylam na polewczej mszy..oj normlanie siedzialm i sie śmiałam, bo znowu Jahwe był konkretny tak strasznie..mowisz - masz..rozwaliłam sie dopiero na kazaniu, efektownie calkiem sie rozwalilam, ale no..no wlasnie.tym razem byl to br.tomek i generlanie..no poszło..bo poiwedział fajnie, nie wiem czy dokladnie przytoczę, ale powiedział że "WIERZYC, TO WYTRWAC NAWET WTEDY GDY COS WYDAJE SIE SKOŃCZONE"wogole mowil fajne rzeczy jeszcze naokolo, ale nie pamietam dokladnie, w kazdym badz razie zdanie to umieszczone wkontekscie nabieralo jeszcze jakiego fajniejszego wymiaru.ja pamiętam, hm..tzn nie pamiętam bo mnie wtedy nie było, ale zostało mi opowiedziane jedno kazanie, to o wciskaniu Pana Boga w nasze "ramki", cyzli ze te nasze oczekiwania i jakies takie nasze ograniczone myslenie, takie na wskroś ludzkie.i takie skonczone własnie...i tak sobie myślalam o tej calej wierze, nadziei i miłości.ze to juz takie sloganiki sie porobiły troche, ze pierwsze skojarzenia to to, ze to cnoty, pobozne, fajne, no..ale kurcze..chyba sie kryje wnich jakies takie szaleństwo , moze nawet coś na pozór całkiem nielogicznego, z naszego ziemskiego punktu widzenia.Bo jaka logika w tym, że ktoś najczystszy i przenajśiwetszy, normlanie najfajniejszy PAn Jezus umiera na krzyzu za bande grzesznikow??Boża logika..a wracając do tych ramek, to przeciez sami tak naprawdę nachalnie się w nie wciskamy."ja nie potrafie", "nie przebacze""nie umiem""nie zrobie""to ponad moje siły", "jestem do niczego, patrze w lustro i czuję się najżałośniejsza na świecie", "bez sensu", "wszytsko psuje, kazdego krzywdze"itp...to takie moje prywatne ramki..dekalogi, czy jak to tam nie nazwac, wychodzi na jedno..ale jest ta wiara, nadzieja i miłość.czyli 3 rzeczy(rzeczy??hmm), ktore Jahwe nam dał po to, żeby sie wzniesc jakos ponad...zeby nie mowic"nie dam rady, nie przejde"...bo mamy NADZIEJĘ, ktora pojawia sie tak najbardziej wtedy, gdy juz wszystko wkolo jest beznadziejne, mamy WIARĘ, ktora pozwala wierzyc nawet wbrew wszelkiej logice,wbrew zlym czasom i ogolnej niewierze, no i mamy MIŁOŚĆ, ktora pozwala kochać nawet takie osoby, ktore moze kochac nas nie potrafia, moze nawet zywia do nas wrogość.Mamy 3 cnoty, ktore sa w stanie zniszczyc nasze ramki, stereotypy..i ja chcialabym zeby mi sie też udało i zeby Jahwe poszerzał te granice, bo sa wciaz cholernie wąskie..hmm...ja nie wiem, chyba zamotany ten post i dlugi znowuz.ciul kaze mi iść spać, wiec konczę już..amen.:) :607:
prałat - 29-04-05, 18:01

do złotych mysli brata Tomka: "KOCHAC, TO ZNACZY UMIERAC DLA WŁASNYCH AMBICJI ABY MÓC BYCZ TYMI, KTÓRYCH SIĘ KOCHA"
Ewa - 02-05-05, 13:20

A ja się nawróciłam, bo: byłam teraz w Olszanicy i za każdym razem gdy była przerwa w kursie, czy w ogóle jak miałam chwilę, to biegłam do kaplicy, choćby na chwilkę i prosiłam Muchomora żeby mi puściła sygnał, żebym się tam nie zasiedziała. I tak ja mówiłam, Pan Bóg mówił i... i normalnie to ja się tam czułam jak na rekolekcjach i tak fajnie - bo Jego "konferencje" były ułożone przez Niego; klimat w kaplicy był zrobiony przez Niego; oprawa muzyczna (w sensie, że cisza) była zrobiona przez Niego i w ogóle wszsytko było takie od Niego :629: A potem tak se myślałam i tak se On mówił i ja doszłam do wniosku, że ja w tej kaplicy to nie byłam jakaś na haju, że Pana Boga wszędzie w kółko pełno, że te "rekolekcje" to one jakieś lepsze od innych nie były, bo... bo już wiem, że wszystko co mówi Brat to jest od Niego i wszytko, co zapodają nam na gitarze Zdomna i Iwasiuta to jest od Pana Boga i to jak Wy ładnie śpiewacie to jest od Pana Boga i w ogóle w Was jest tyle Pana Boga, że... :placze: jejku ja Was tak kocham normalnie tak strasznie, że aż bardzo :przytul:
Beatka - 05-05-05, 23:14

Co to był za kurs w Olszanicy?
Baranek - 06-05-05, 01:51

z tego co sie orientuje to był kurs wychowawców obozów kolonii itp :)
Ewa - 06-05-05, 10:07

Tak, właśnie - ale to już mówiłam w "Chwaleniu" ... w sensie, że w dziale "Chwalenie" a nie miejscowości "Chwaleń"
Beatka - 06-05-05, 12:27

A jak się można na taki kurs załapać? Bo ja planuję jego zrobienie już od zeszłego roku, w wielu miejscach porozklejane są ogłoszenia tylko z jedego ośrodka, kosztuje to 100 zł i trwa kilka tygodniu w systemie weekendowym. Ile zapłaciłyście? Jak wyglądał egzamin końcowy? Będę wdzieczna za wszelkie informacje, tym bardziej, że miło o takim kursie piszecie, a jak się pytałam znajomych, to mówią że na normalnych kursach nie jest miło...
Ewa - 06-05-05, 23:19

O ten kurs z Olszanicy pytaj Brata, a Buła coś mówił, że będzie we Wrocławiu (dlatego tam nie jechał) to się jego też możesz pytać
Baranek - 07-05-05, 00:16

Beatko co sie przejmujesz egzaminem Ty napewno zdasz :D
pwsp - 07-05-05, 11:03

We Wrocławiu będzie też kurs, chyba prowadzony przez Oświatę, ale nie jestem pewien. Będzie kosztował 80 złoty. Jkaby co, Uszaty to gdzieś znalazł i jego pytaj o więcej szczegółów. :D
Beatka - 07-05-05, 16:18

Dzięki, popytam :) Żałuję tylko, że nikt mi nie powiedział o tym teraz w Olszanicy, akurat miałam czas i na pewno byłoby fajnie (skoro i beze mnie było ;) )

Bracie, dlaczego mi Brat nie powiedział???

pwsp - 07-05-05, 16:39

Jak to brat Rafał nie mówił o tym, przecież w środę na spotkaniu w tygoniu, kiedy był wyjazd wspomniał o tym kursie. :D
Gość - 08-05-05, 11:13

I środę nie mogłam być na spotkaniu i wiele osób o tym wiedziało, Brat też :( no cóż, trudno :( poczekam na ten we Wrocławiu... jak będziecie wiedzieć o nim coś dokładniej, to piszcie.
Ewa - 09-05-05, 19:44

Jadę po Panu Bogu, bo każe* mi być uczciwą (a ja kurde nie chcę!) i każe mi być dobrą (a ja chcę być zła!) i każe mi kochać (a mnie wszystko wkur**a i nie chcę kochać!) i w ogóle Mu jadę bo mi każe tak grzecznie i pokornie...

I chwalę Pana Boga za to, że jest uczciwy (pomimo tego, iż na ludzki rozum to mało ekonomiczne) i za to, że jest dobry (choć zło jest tak pociągające) i za to, że kocha... że zawsze kocha mnie bardziej niż mi się wtenczas wydaje i w ogóle Go chwalę bo jest taki grzeczny i pokorny...

Kurde... ogólnie to chodzi o to, że... Pan Bóg to normalnie rozbrajający jest z tą swoją miłością, ale ja i tak nigdy Mu nie dorównam, bo... no bo kurde nie... no i mi się wydaje, że jak Pan Bóg kocha, to to jest takie wow, a jak ja kocham, to to jest takie grzeczne, słodkie i w ogóle obleśnie. I za taką miłość, to ja Pana Boga kocham, a siebie nienawidze... i kurde niewierzę, że kiedyś ktoś na moją miłość popatrzy jak na miłość Pana Boga, a nie jak na tchórzostwo, obojętność, grzeczność itp.

(eee... to było antyświadectwo... nie pasuje do tego tematu... to nie było nawrócenie!)

* Każe - wiadomo, że mnie nie zmusi, ale tak każe, że proponuje, a ja choć mi się nie chce to chcę Go słuchać

Bezdomna - 20-06-05, 22:11

hmm..ale wiesz Ewuś..masz rację z tym że jest rozbrajający:)
a ja dziś miałam wczasy.Długołęka Zdrój normalnie.Tak mnie zawsze przerażało gdy musiałam spędzic cały dzień w domku, ale dziś było..dobrze.Poszłam sobie na Mszę w wiejskiej parafii..było moze kilkanaście osób a srednia wieku przebijała chyba 50, a przecież Pan Bóg "zaglada "i tutaj.I przyszedł:) A tu, u mnie ejst takie jedno fajne miejsce.Mianowicie jak sie wyjdzie już za te wszytskie ładne domki to troszkę dalej rozciągają się pola.Kiedy sie tu wprowadziłam i było tak kosmicznie źle, taki najgorszy okres mojego życia, kiedy jeszcze zreszta nie miałąm was, to sobie często tam uciekałam i sobie z Panem Bogiem rozmawialiśmy.Długo juz tam nie byłam, ale do tej pory kiedy tam przychodzę wisi w powietrzu coś takiego.hmm..mistycznego?to może za duże słowo, ale czuć Jahwe.szczególnie, że na rozstaju dóg stoi wielki drewniany krzyż.wokół pełno sztucznych kwiatków i nawbijane jakieś obrazki, dawno juz wyblakłe od deszczu, ale ten krzyż robi wrażenie.Ale dopiero dziś rozwaliło mnie coś jeszcze.Na tym wielkim( no duzo większym ode mnie:) )krzyżu wisi całkiem malutki Pan Jezus.Trochę wygląda tak jakby Go przenieśli z jakiegoś innego krzyzyka i kazali Mu wisieć na tym ogromniastym polnym krzyżu. Po raz pierwszy ten widok mnie rozwalił. Bo to wyglada tak jakby ten krzyż go totalnie pochłaniał, a On biedny nie dawał sobie rady.I tak jakoś aż mi piklo gdzieś..że tak się skarżę często, ze juz nie dam rady, że to dla mnie za ciężkie, bla bla bla i ze ten krzyż moj - wszystkie sytuacje, które mnie otaczaja, po prpstu mnie tak pochłoną i rzeczywiście - nie wyrobię..I ze to ten krzyż mnie poniesie, a nie ja poniosę Go..Bo jak się robi nieciekawie to już czasem widać tylko ten krzyż i nic poza tym.Ten Pan Jezus własnie tak wyglądał - jakby Go krzyż gdzieś porwał, przytłoczył i uwięził. Ale byla jeszcze druga rzecz, która mnie rozwaliła-to, że ten mały "nieradzący sobie" Jezus ma wyciągnięte ręce, jakby w geście powitania..a takze jakiegos triumfu.. i że w tej Jego małości jest przecież zwycięstwo, bo przecież pokonał śmierć i już nie ma nad Nim władzy.
Pan Jezus łakowy powiedział "spoko, wyluzuj, dasz rade, on tylko tak groznie wygląda"..
o kurde.Jahwe jest fajny.Fajowy jest.
Spędzilismy dziś dwie godziny zupełnie sam na sam.Chyba tęsknił.Chyba ja tez.

Niesama - 29-06-05, 11:10

No to ja się tak nawrocilam wczorajszym slowem. No...hm...tym o burzy...hi..
No, bo ja tak ostatnio, to tak jakos ciezko sobie mam. Tak w ogole nie za fajnie. No i ..hmm...taka wlasnie w pewnym sensie burza duchowa, no i się mi wydaje, ze Jezus to taki bierny sie zrobił, duzo mowi, a nic w ta strone nie robi. Takie genialne Jego Slowa, na których wypełnienie se jeszcze długu, długo poczekam, a czasem sobie myślę, jak se już watpie, ze to w ogole nigdy ich nie wypelni. No a , ta wczorajsza Ewanglia o uciszeniu burzy mnie powalila.a wiec:”gdy wszedl go łodzi, poszli za nim Jego uczniowie.” Hm, no bo ja mysle sobie, za taka łodz to nie jest taki pewny srodek transportu, w sensie, ze hm...malo stabilny. I no..taka łodz, to mi sie kojarzy od razu z paroma deskami poubijanymi w kształt czegos co plywa. No i Jzus wsiada sobie do takiej lodzi, no i uczniowie tak zanim. I to tak mi pokazuje, ze z Jezusem, to idzie się tak wszedzie. No bo ja o bym jakbym miala wsiasc do łodzi, to bym się tak troche wachala po pierwsze bym musila sprawic czy wlasciciel tej łodzi, albo kto będzie ze mna plynal, to taki godny zaufania jest, czy sie na tym zna. I tą łodz bym tak obejrzala, czy nie przecieka, czy w ogole spelnia swoje funkcje. No i ta łodz to taki dla mnie symbol, ze jeśli się już zdecydujesz kroczyc za Jezusem, no to trzeba już tak isc, nie ogladac się na co innego. Po protu tak zaufac. No i jezioro to tez nic takiego stabilnego, w sensie, ze na nim nigdy nic nie wiadomo. No to jak tak mysle ze jak już zdecydowalam, ze sobie pojde za Jezusem i już tak ide, to to bardzo możliwe,ze jestem na takiej łodzi. Weszlam za Nim na jej poklad, a teraz ja glupek narzekam, a to, ze tak hmm...troche wody się wlewa, a ze lodz strasznie kolysze, a ze nie widac brzegu, a ze ciagle się plynie i to się dluzy, a to ze inni plyna statkami, okretami gdzie jest pelno ludzi i w ogle takie wypasone te statki mają, a ja plyne na malej łódce z mala trzodka ludzi która nawet nie ma steru, tak jak inne okrety, tylko jakies wiosla, urzywajac których trzeba się niezle nameczyc, żeby troche poplynac A jednak, kurka jest taki ster , tym sterem jest sobie Jezus. No fajnie, jest sobie tym sterem no, a kladzie se spac.no i tak wlasnie mi się wydaje,ze Jezus, to tak sobie zasnal w moim zyciu. Wszedl ze mna do lodzi, ze mna która w ogole o niczym nie ma zielonego pojecia i wzial i se zasnal. A tu zbiera się wielka burza. No przeciez On wiedzial ze będzie ta burza, wie,ze ja się jej starsznie boje i akurat teraz zasypia, kiedy chodzil tak po ladzie se swoimi uczniami, kiedy czuli się tak bezpiecznie, to nie spal. A jak przychodzi sztorm, to On się kladzie. No fajnie, sobie mysle. Ja tu przezywam kryzys, w ogole sztorm, wicher miata uczuciami, woda wlewa mi sie do lodzi a co Jezus robi? Spi. No to ja padam w panike. Znika moje zaufanie, bo przeciez jest burza, cos czego się boje, nad czy ja nie mogę zapanowac, a jesli ja nie moge zapanowac, jeśli nie widz już nadziei..to zaczynam watpic. A może ja to jednak do zlej lodzi wsiadłam. Wczesniej tyle fajnych rzeczy mowil, naobiecywal, pouzdrwial tyle ludzi, dokonal tylu cudow, tak mnie nakrecil, ja się tak wciagnelam, poszlam slepo za nim ,a tu bach...nie ma Go. Spi, i już nic nie mowi, nic nie robi, zostawil mnie sama!! No to ja w krzyk.. „Jezu, watwaj , nie spij, co ty robisz, nie widzis z , ze ja tu tone!!! Jak molges mi to zrobic. A On wstaje i i mnie zjezdza, ze czego ja się w ogole boje, przeciez mialam Mu zaufac. I zaufanie nie polega na tym, ze ja ufam, kiedy jest mi fajnie, bo dziwne by było zebym Mu wtedy nie ufala. Tylko prawdziwie ufam, gdy jest mi zle. I ze On chcial Mi pokazac ze tak naprawde moja wiara jest jeszcze ,malutka i pokazuje mi to po to abym widzac jak moja wiara jest mala zaczela dazyc to tej wiekszej, ze mogę wierzyc coraz mocniej. No i On wstaje i ucisza ta burze. Tak o, nie wysiiajac się w ogole. Ja sie tyle namarudzilam, nameczylam, a On tak po prostu wszystko uspokaja.hm..i to jest taka reklama, ze tak sobie będzie zawsze, ze On potrafi wszystko uspokoic, a dla mnie to ze uspokoil wlasnie burze, to z racji tego ze ja się jej tak ogromnie boje, udowadnia mi, ze jest On wiekszy i mocniejszy od najpotezniejszych lekow jakie mogą mie dotknac.i przez chwile trzeba samemu wyprobowac swojz wiare, kiedy On spi. On daje czas, żeby samemu Go znalezc. Żeby znalezc tą ufnoc w Niego. Zebysmy zobaczyli, ze zaufanie Mu prowadzi do ocalenia. Ale jesli będzie już tak krytycznie zle(tak ze my już rady, nie damy, ni zniesiemy i wogole to nas przeciazy), to trzeba krzyczec, to On wsatnie. On wbrew pozorom nigdy się ni spoznia. A taka burza nie przytrafi się raz, jeszcze pewnie nie raz się zerwie gwaltownie, i może byc coraz mocniejsza, ale teraz już będę wiedziec, ze ze wystarczy zufac, choc jest to strasznie trudne. Amen

Jacek Gdeczyk - 29-06-05, 16:19

Dzieki za swiadectwo, Niesamka - pomoglo mi. Trzeba zaufac Jezusowi, bo sami nie jestesmy w stanie pokonac tych ~~fal~~ i przeciwnosci. :przytul:
Kruszyna - 29-06-05, 21:10

No to ja ostatnio z tego powodu pochwaliłam Pana tu na forum.Bo tak mi sie tez wydawało,że On sobie gdzieś poszedł czy nawet usnął,a ja się męczę.Ale kiedy znowu przyszedł kryzys to wtedy Pan powiedział:"Halo,tu jestem,zawsze jestem!"Ja myslałam,że On mnie zostawił,ale kiedy Go naprawdę potrzebowałam to okazało sie,że jednak jest,że cały czas jest,tylko czekał i obserwował,aż Go zawołam.I wiem,że kiedy wszyscy wokół sie od nas odwracają,kiedy nam ubliżają czy nas nienawidzą to jest zawsze On,On,który przytuli,pogłaszcze i ukocha strasznie mocno,że można tak zasnąć spokojnie i już...Tylko trzeba Mu właśnie zaufać.I zawsze,kiedy jest mi źle to mam wrażenie,jakby On mówił do mnie słowa z Ewangelii:"Nie troszcz się".I rzeczywiście,nagle troski odchodzą,jest ok,kiedy znowu cos zaczyna się łamać we mnie to znowu Go słyszę i czuję.Choć czasem bywam niegrzeczna i krzycze na Niego,to jednak tak naprawde muszę stwierdzić,że On to zawsze jest dla mnie dobry i chce dla mnie dobrze,nawet kiedy tak sobie krzycze i gniewam sie na Niego.On zawsze mnie potem przytuli.A te chwile,kiedy jest super to sa tez takie niebezpieczne dla mnie,bo traktuje je jako normę i często robię po swojemu.A On potem i tak przychodzi i mi pokazuje,że nie miałam racji.Bo super jest tylko przy Nim.No.To tyle...
Ewa - 31-07-05, 17:48

No to ja się nawróciłam... o matko, jak strasznie się nawróciłam... ale ja wam o takim innym nawróceniu opowiem- takim świeższym, bo dzisiejszym - no to:
jaaaaki Pan Bóg, jaaakie Pismo św., jaaaaka Ewangelia, jaaaakie wszystko...
bo ludzie są głodni (coś se chcą), apostołowie mają ale se myślą: mało - niech se ludzie idą szukać gdzie indziej, gdzie jest więcej (bo po co mam dać ja, skoro ktoś inny zrobi to lepiej?!) a Pan Jezus, że kurde nie (masz, a nie dasz, tak? O Ty chamie! Ścieraj się! Jak nie dasz rady, to Ci pomogę, ale działaj, a nie że Ty se będziesz odsyłał do sklepu po nocach! Nie ma tak dobrze!).
No i ja se tak myślę, że ja tak czasem robię, że ja coś mam, ale tego nie dam, bo ktoś to zrobi lepiej, a tu taki Pan Bóg, to se krzyczy na mnie, że leniem śmierdzącym jestem i żebym se troche pokory se wzięła, kurde, bo ja nic nie zrobię, bo: "każdy coś umie lepiej". I dlatego ja taka nijaka jestem, że ja to tak nie zrobię nic ani nic. No. I te rekolekcje to takie fajne dla mnie były, to tam to już tak konkretnie się trzeba było z czymś ścierać ... aAaAaA... no i co z tego, że miałam mało - Pan Bóg za każdym razem mi pomnażał moje zdolności itd. ale nie tak o se w nocy czy jakoś tam po ciuchu, tylko jak już się zaczynałam z czymś ścierać. No! W sensie, że trzeba działać, żeby Pan Bóg działał też, bo np. Pan Jezus nie przyszedł do Pawła jak se siedział na wakacjach na Hawajch, tylko jak szedł do Damaszku tam se robić, działać, się angażować i w ogóle...
I jeszcze: bo jak apostołowie se mieli chleby, to oni se ich mieli 5 chlepów i 2 ryby, a potem se na koniec jeszcze 12 koszów zebrali, w sesnie, że Pan Bóg tak rozmnożył, że im jeszcze zostało i to tak dużo, że nawet już im się nie chciało liczyć ile chlebów i ile ryb, tylko kosze policzyli.
No i jak ja się czegoś uczę (bo żeby coś umieć, to się trzeba nauczyć, a ja to taka byłam i jeszcze troszku jestem, że chciałam umieć, a nie chciałam się uczyć), to Pan Bóg tak rozmnaża, że nawet jak ja to komuś dam, jak się podziele itd. to mi jeszcze dużo zostanie! Jeszcze więcej niż mialam!
No i takiego głupiego, banalnego, TRYWIALNEGO przykłada Wam tu, moje Skarby, zapodam: ja se tak czasem myślę, że ja o Panu Bogu to nie umiem tak zaje... yyy... tak świetnie gadać, tylko tak ot sobie, a jak tu piszę, to się nawracam jeszcze tym, co piszę, bo ja tu chciałam dwie linijki napisać bo tak krótko chciałam i mało Pana Boga miałam, a jak zaczęłam Go Wam wylewać to tak się wylał, że... no, sami widzicie! No! I jak to pisałam to mi jeszcze pare innych rzeczy do głowy wpadło i się parę innych rzeczy jeszcze dowiedziałam sama z siebie, w sesnie, że sama z Pana Boga, który we mnie jest. No i miałam se normalnie 5 rzeczy które mi się w dzisiejszej Ewangelii spodobały i 2 sposoby, na jakie mogłam Wam o tym opowiedzieć, a teraz to normalnie se mam tuzina tego wszystkiego: rzeczy, które mi się spodobały, sposoby, nowe pomysły, świadectwo z tego świadectwa, w którym się dzielę swoim świadectwem... masakra! Normalnie mam se tuzina!!! Bo mi Pan Bóg rozmnożył! Już!


życzy Ewa
:p

Lil - 31-07-05, 20:29

ooo Sapieha..oo :*
Knajpek - 08-08-05, 10:53

jakie swiadectwa :064: o rangesss!! :)kocham was kurka!
Ewa - 25-10-05, 11:43
Temat postu: PAN PODNOSI POCHYLONYCH (Ps 146,8)
No, bo ja się tak nawróciłam, że... jej, nigdy tak, że... o matko...
Bo to czytanie wczoraj to Ono normalnie takie dla mnie na topie wczoraj było... No bo tak:

Była kobieta. I ona była pochylona od osiemnastu lat. Ja mam 21 i tak załużmy, że od kiedy dziecko ma 3 lata, to już coś tam pamięta, to ja odkąd zaczełam pamietać, czyli od właśnie osiemnastu lat, jestem w pewnym sensie "pochylona". I ta kobieta z Ewangelii została uzdrowiona i chwaliła Pana Boga. Ale 18 lat do strasznie dużo i ona musiała się potem całkiem zmienić! I teraz tak sobie myślę o tych negatywnych stronach. Po pozytywne - super - nie będą jej wytykać palcami, nie będzie inna, nie będzie gorsza, nie będzie zniewolona... no ale przecież jak już jest prosta, czyli zdrowa, to trzeba zacząć pracować, nie? Bo przecież już może. A to nie jest takie lekkie, przyjemne i wygodne! I może na przykład tak było, że ludzie jej unikali, bo ją mieli za dziwadło, a teraz już dziwadłem nie jest, więc nie będą jej unikać i trzeba się będzie z nimi ścierać, a przecież nie wszystkich się lubi! A może w ogóle nie rozmawiała z ludźmi, bo z nią nie chciał nikt rozmawiać, to teraz będzie musiała się tego nauczyć, a powiedzmy sobie szczerze - kto się lubi uczyć?! No i fajnie - została uzdrowiona, ale nagle wszystko się zmieniło. No trzeba będzie (!) nauczyć się z tym żyć... a może kurde nawet miała małe łóżko, bo pochylona dawała radę tam spać, a teraz jest wyprostowana i już się nie mieści?! Nie, no nie wiem - ale na pewno ful było takich rzeczy, które musiała zmienić.
No i ja... odkąd pamiętam (tak mniej więcej właśnie też te 18 lat) to miałam taką jedną sytuację, jaką miałam. I przyszedł wczoraj Pan Jezus i położył na mnie ręce. W pierwszej chwili oniemiałam. Nie mogłam uwierzyć, że to się stało. Nie mogłam uwierzyć, że to się przydarzyło właśnie mi, bo przecież ja nie zasługuję na to! Pan Bóg jest wszechmogący - wiem. Ale że uczynił taki cud właśnie dla mnie?! Potem się cieszyłam i chwaliłam Pana Boga, no bo jej - taki cud! ...taki cud!!! Całe życie miałam tak, a teraz będę miała tak!!! Jej, jaki cud, jaki Pan Bóg, jakie wszystko!!! A potem siadłam w łazience i ryczałam jak głupia! Bo to wcale nie jest takie proste i ja nie wiem, czy ja będę umiała nauczyć się żyć tak inaczej... i nie wiem, czy ja jestem gotowa na to, by teraz zacząć żyć inaczej! To jest piękne, ale też... no przecież trzeba tyle zmienić...
No i ten przełożony synagogi powiedział, żeby se przychodzili i uzdrawiali w inne dni a nie w szabat.
I ja też tak wczoraj Panu Bogu powiedziałam :( że może jednak nie... że ja chyba zmienie zdanie... wiem, że zawsze tego chciałam, a jak to już się zaczyna, to widzę, że to wcale nie będzie tak prosto w to wejść... i powiedziałam, że to chyba nie ten czas...
Głupia byłam...
Teraz już pozwalam Panu Bogu mnie prostować. Wiem, że nie zrobi mi tego nagle i gwałtownie. Wiem, że zrobi wszystko, by bolało tylko tyle, ile musi boleć. Wiem, że nie skrzywdzi mnie tym, co się zaczyna zmieniać. Wiem, że pomoże mi uczyć się żyć inaczej, że będzie w tym razem ze mną! I wiem, że mnie nigdy nie zostawi!!!
Tylko... bo ja się cały czas boję tej zmiany... ogólnie to przecież zmiana na lepsze! I przecież cud! Ale trudno się uczyć zacząć żyć inaczej...

[ Dodano: Sro Sty 18, 2006 10:26 pm ]
SPADAJCIE, TYLKO JA TU PISZE!
FOCH!

bo ja chcialam powiedziec, ze ten nasz Pan Bog to On taki fajny jest i to jest taki lepszy Pan Bog i... no w sensie, że... Dawidek idzie na wojne - no jaki typ?! Koles jest maly, nie zna sie ani na sztukach walki, ani na taktykach wojskowo - cos tam... no to co on moze... wez... i jeszcze z procą idzie - już by poszedł z gołymi rękami - mniejsza siara będzie jak zginie normalnie niz z procą... no jakbym wiedziala, ze dwoch kolesi poszlo sie bic i jeden z nich zginął i bym podeszla juz do tego nieboszczyka i bym zobaczyla, ze proce ma to.... :hahaha: no polewka :lol: No, ale Pan Bog mu nie kazal nagle byc nie wiadomo kim - POZWALA WZRASTAC WE WLASNYM TEMPIE. No i Dawidek se poszedl gdzie strumyk plynie z wolna i se wzial kamyki... no i kurde... no wlasnie nie - on se je wybrał! I se wybrał dokładnie bo se powybierał gładkie!!! No i może się nie zapisał wtenczas na kurs samoobrony i moze nie czytal książek historycznych, ale poszedl powybierac kamyczki do swojej procy. I co Pan Bog zrobil? Kazal mu zginac na polu walki z proca w reku, tak? Bo jednego kamyczka zgubil, drugi mu wypadl, trzecim nie trafil, czwartym trafil ale niezbyt mocno,a piatego nie zdazyl wyjac, tak? Nie, kurde, nie! Pan Bog dal rade - PAN BOG DAJE W NAS RADE! I nie wazne, czy jestes prygotowany na swoja wojne bardzo czy troszke mniej - PAN BOG DA W TOBIE RADE I POZWOLI CI WZRASTAC WE WLASNYM TEPIE - nie bedzie od Ciebie wymagal nie wiadomo jakich rzeczy...

i jeszcze: "On moje ręce zaprawia do walki, moje palce do bitwy" (Ps 144,1) no, ze tak, jak pisalam, co sie moglo z tymi kamykami Dawidkowi stac ten wypadnie, tym nie trafi itd. no, ale nie, bo jest Pan Bog i PAN BOG DAJE W NAS RADE. Se poradzil z kamyczkami, to se poradzi z tymi Twoimi "kamyczkami". No.

a! i jescze: Bo niektórzy to się np. nie uczą i mówią, że Pan Bóg za nich zda. Ta... chyba nie wiem co! Jak se nie pobierasz kamyczków to nie będzie po co miał zaprawiać Twoich rak do walki a palcow do bitwy! No! Juz! Spadam się uczyć Pozbieram se kamyczki pt. system operacyjny i inne SRAMY :p

Bezdomna - 19-01-06, 23:13

Bo ja sie tak zastanawialm czasem nad tym motywem spania w Piśmie Świętym. Bo czasem w tych snach przychodził Pan Bóg.Ale generlanie w NT to po spaniu sie jedzie, heh. No np ta sytuacja z uczniami i Jezusem. Jezus modli się w Ogrójcu, przeżywa mękę i taki strach, ze po protu masakra, a chłopaki nie wyrobili..No ludzkie to takie było, ale jakie przykre, nie? Albo te panny roztropne i te nie bardzo..no tez kimnęły sobie w końcu, kobiety widac tez nie wyrabiają, no i tym niezbyt lotnym sie dostało..generlanie nie poszło. Albo to, ze ciagle nawołuja do powstawania ze snu.
Czytałam sobie ostatnio książkę.Wieczorem. Zachciało mi sie spac, ale było jeszcze wczesnie, wiec siupa było legalnie zasnąć. To postanowiłam kimnać pół godziny. Nastawiłam budzik.Wyłaczyłam dzwonki w komorce. Miało byc poł godzinki tylko dla mnie. Reszta swiata potem, bo ja zmeczona byłam przecież. Zasnełam. Budzik dzwonił.Wyłączyłam. Obudziłam się po 3 nad ranem. Troche nieprzytomna. Popatrzyłam na tą moją komórkę. A tam 7 połączeń nieodebranych, 5 smsów... Robertos. Jak spałam próbował zrobic taka lepszą akcję z dzwonieniem na dobranoc. To naprawde przednia akcja. Usłyszeć coś miłego w srodku nocy. O 2 nad ranem dał sbie jednak spokój. Moglam już sobie teraz pisac, dzwonić..za poźno. Zła byłam.... nie poszło.. I jak tak sobie leżałam z fochem na sama siebie to zrozumiałam jak glupio musiało być tym uczniom... Jak to musi być strasznie głupio jak osoba, którą kochamy chciala naszej pomocy, czy chociazby chciala uslszec nasz głos. A tu zonk. Bo śpimy. Bo przeciez jestesmy zmeczeni..nalezy nam sie..
Tak sobie mysle, ze chyba duzo rzeczy tak da sie przespać. Nie doslownie. Może Pan Bóg juz nieraz próbował do nas dotrzeć, ale odchodził z kwitkiem, bo akurat "spalismy" - zajmując się sobą, innymi rzeczami, osobami.. A Jahwe ma taka niesamowitą cechę jak delikatność i się w to nasze zaspane życie nie będzie wpychał na siłę. Wogle...fajny myk, że On chce chce się z nami dzielić, nie? Sobą samym, Swoja mądrością, bólem.. Naprawde cche być sluchany przez nas! Chce być tym przyjacielem naprawde i jeszcze zdaje się niesmialo pytać czy aby na pewno zaakceptujemy to, że jest własnie taki..nie da sie Go objąć, przytulić, nie dosłownie.. Jaki Pan Bóg.
nie będę juz wyłączać dzwonków. Jak już zasne to chociaz dam się obudzić:)

Ewa - 20-01-06, 09:24

:wow:
to ja jeszcze raz! Bo ja se tak wczoraj w nocy pomyślałam, że bym se poszła na Msze na 8.15. Ale to już było tak późno, że ja tak na półprzytomna o tym myślałam. No i wstałam rano (bo jeszcze zdążyłam nastawić budzik tak, by na te 8.15 zdążyć) nieprzytomna, niewyspana, zła... poszłam na te Msze... myślałam, że może w trakcie się obudzę... ale nie... i wracałam taka zaspana też... i se tak myślę: no i po co ja szlam na te 8.15 mogłam se dłużej pospać - przecież muszę się uczyć i muszę być wypoczęta, przecież byłam (czy tam jestem) chora i jestem osłabiona tak, że nawet w dzień śpię (co mi się ie zdaża normalnie nigdy, chyba, że po imprezie), no i po co, przez to straciłam 45min 90min snu (bo wczesniej mialam na 9 budzik nastawiony) no i tak marudziłam, marudziłam... i weszłam na forum, a tu post Bezdomka i słowa:

"Może Pan Bóg juz nieraz próbował do nas dotrzeć, ale odchodził z kwitkiem, bo akurat "spalismy" - zajmując się sobą, innymi rzeczami, osobami.. "

i

"Wogle...fajny myk, że On chce chce się z nami dzielić, nie? Sobą samym..."

ja... jej... chyba jestem z siebie dumna... ja... ojej... jejku... o kurka... jaaaa.... :aniolek: ( to jest skrót od "nawróciłam się" :p )

kisieL - 21-01-06, 23:34

Też się nawróciłem przez ostatnie parę dni. Bo mam takiego kolegę, z którym ostatnio gadałem i on mi powiedział,że chciałby choć w ćwierci być taki jak ja,że mi się wszystko udaje, że jestem taki zorganizowany i w ogóle super... takie tam brednie. No faktem jest,że mi mniej więcej wszystko idzie, a jemu tak nie bardzo, bo faktycznie ma problemy w szkole, rodzice sie rozwiedli.. itd. No i on mi mówi, że on nie ma siły żyć i nie chce żyć itd. I ja tak widzę, że w jego życiu tak naprawdę to miłości brakuje. Właśnie przez to, że rodzice rozwiedzeni i jacyś tacy skomplikowani między innymi.
No i ostatnio miałem takie kilka dni, że mi rodzina z domu wybyła i sobie siedze sam, tak zupełnie sam oprócz tego, że mnie czasem odwiedzają różni fajni ludzie. No i oprócz tego też takiego zonka przeżyłem również z miłością związanego. No i teraz wczoraj dzisiaj to mnie taka deprecha straszna chwyciła. Taka,że dzisiaj sie budzić nie chciałem,żeby nie myśleć o tym wszystkim. No i tak wieczorem sobie właśnie przypomniałem o tym koledze. Że kurde... przecież faktycznie nie jest źle w moim życiu. Tu mi dobrze idzie, tam mi dobrze idzie i jeszcze tam albo tam... No i tak zobaczyłem, że to wszystko, że mi sie udaje i wychodzi generalnie traci jakiekolwiek znaczenie, kiedy znika z mojego życia Miłość. To wszystko jest jak miedź brzęcząca i jak cymbał brzmiący i normalnie widzę jak na dłoni, jak mądrze to Paweł napisał... Po prostu człowiek bez Miłości mógłby równie dobrze nie istnieć... Bo cała reszta bez Miłości już sie zupełnie nie liczy...

Niesama - 21-01-06, 23:55

Cytat:
Po prostu człowiek bez Miłości mógłby równie dobrze nie istnieć... Bo cała reszta bez Miłości już sie zupełnie nie liczy...


łoooooooh faaaajne. to prawda. sie zgadzam :629:

Ntalka - 26-01-06, 18:21

ojej fajne:) można się nawrócić:) fajne, jak ktoś pisze świadectwo:) hi:) dzięki:)
Ntalka - 26-01-06, 18:53

o a tak wogle sobie pomyślałam, że tak sobie dzisiaj dostałam ekcję pokory. No bo sobie dzisiaj dziewczyny u mnie w kolejce do egzaminu (z komunikacji społecznej) jak to wszędzie pełno odniesien takich nieprzyzwoitych i wogle, no wiecie, w necie i wogle wszędzie, i tak się na początku zdziwiłam, że to tak dużo ludzi zauważa, a teraz se pomyślałam, że to ja se chyba \tak myśle, że jestem taka wspaniała i wogle, a inni nie i taka lipa nie? ojoj...dobrze chociaż,że się kapnęłam:P
Kinooka-madzia - 04-02-06, 21:28

Wiecie co, ja się nawracam na każdym naszym spotkaniu, słuchając każego komentarza, modląc się do Ducha i przy uwielbieniu...No także w sumie dzięki Wam ja się tak zmieniłam i dzięki Wam jestem tu, bo wcześniej tak nie było... A poza tym to się nawróciłam na rekolekcjach teraz w tym Podgórzynie...Bo po pierwsze, że tym "animatorem" zostałam i na te wszystkie sprawy i spotkanka w grupkach zaczęłam patrzeć z innej perspektywy i to mnie tak zmieniło w środku troszku, a po drugie to te konferencje brata...No po prostu aż mi sie buzia usmiecha jka je wspominam...To bardzo zadziałało, i po trzecie konferencja Iwasiuty...Bo wcześniej to Maryja była taką ikonką i kojarzyła mi się z klepaniem różańca przez stre babcie, a po tym co usłyszałam , zrozumiałam, ze Ona jest tak bardzo ważna i taka wyjątkowa, ze aż sie dziwie ze jak mogłam tego wczesniej nie zauważyć. No i to juz chyba po czwarte ze jak bylo w niedziele (ostatni dzień) te świadectwa, i wtedy ten moment że brat Łukasz i Jarek i Iwasiuta sie modlili o nasze powołanie i w ogóle to wtedy mnie tak bardzo kopnęło, ze modlitwa moze tak bardzo pomóc i zmienić człowieka, ze szok normalnie...No i w ogóle jest super teraz dzięki Wam no a przede wszystkim dzięki Temu na górze ;)
prałat - 05-02-06, 13:39

jeszcze napisz że Ci się podobały animacje to chyba się rozpłynę...
Osa - 08-02-06, 15:20

Hm.. codziennie się nawracam, ale dziś nawróciłam się tak bardzo konkretnie i z taką wielką siłą, że aż mi się skakać z radości chce.
Bo dzisiaj miałam religię i ja się tydzien temu tak umówiłam z naszym katechetą że ja chcę zająć tą lekcję. Powiedziałam mu o co mniej-więcej chodzi, a on mi na to że jestem strasznie odważna i że mnie podziwia... nie wiem za co, ale przejdźmy do konkretów.
Moja klasa nie wiedziała aż do dzisiejszej lekcji religii że to ja dzisiaj idę za nauczycielskie biurko i to ja mówię- troszku się zdziwili, a to dlatego że między mną a moją klasą jest bardzo różnie.
Ostatnio w ogóle zaczęłam z nimi rozmawiać i stwierdziłam że nawet fajni są :D
Wróćmy do tematu.
Stoję przed nimi...
Moje nogi są dziwnie spokojne, nie drżą, ja nie mdleję- o co chodzi??
Kiedy zaczęłam mówić postawiłam im sprawę jasno- chcą słuchają, nie chcą nie muszą- byle byli cicho.
O dziwo- oni mnie słuchali... i byli cicho...
To mnie tak strasznie cieszyło.
Kiedy powiedziałam im to co chciałam, po ich twarzach widziałam że oni to tak ciepło przyjęli. Nie śmiali się, nie wątpili w to co mówię.
Powiedziałam, że chciałabym się z nimi pomodlić i że jeżeli chcą, to fajnie jeśli wstaną.
W klasie mam 3 typa, którzy jasno określali się do tej pory, mówiąc- nie wierzę, albo nie znam. Oni nigdy nie wstawali do modlitwy.
I dzisiaj wstali wszyscy i modlili się razem ze mną.
No i w ogóle ja im zadałam pytanie : Czy widzą w swoim życiu obecność Pana Boga.
No i fajne to było bo oni w zasadzie nie mówili ale kiwali głowami na "tak" i widać było że myślą.
I jeszcze dziewczyna z mojej klasy miała urodziny. Powiedziałam że ja się teraz za nią pomodlę. Kiedy skończyłam to usłyszałam takie fajne "Amen".
Tak mnie strasznie to podniosło, dlatego że nie umiałam do nich dotrzeć i miałam straszną blokadę i barierę przed rozmową z nimi. Kiedy zaczęłam mówić im o tym, że Pan Bóg nas kocha i kochać będzie to oni przyjeli to tak ... tak że nie mogę tego słowami opisać...
to takie fajne i kochane było...Fajne fajne :) ) strasznie się cieszę, że mogłam się z nimi podzielić tym co jest ważne dla mnie.
To chyba już wszystko....
nawróciłam się :509:

Kinooka-madzia - 18-02-06, 21:46

no to suuper!Ja nie wiem czy miałabym odwage tak stanąć przed moją klasą...no sumie na rreligię chodzi polowa klasy ale mimo wszystko wydaje mi sie oni by tego niezaakceptowali...tzn oni wiedza ze ja do wspolnoty naleze i w ogole ale podziwam cie!!Amen!
Osa - 18-02-06, 22:38

cacy cacy :przytul: normalnie jestem dzielna bo jak mówi siosta oddziałowa w klinice na oddziale gastroenterologii "Każde dziecko, które przeszło przez klinikę jest dzielne" :597: ... dlatego już niczego się nie boję :]
Ewa - 03-03-06, 12:51
Temat postu: W niedzielę można się uczyć... Pana Boga!
W niedzielę można się uczyć... Pana Boga - o szanowaniu niedzieli.

No bo ja to zawsze się zastanawiałam dlaczego w niedzielę nie wolno nic robić (w sensie pracy) i co mogę, bo nie jest pracą, a czego nie itd. No i teraz jestem chora i już nie wiem, gdzie jest granica między odpowiedzialnością za własne zdrowie a odpowiedzialnością za swoją naukę. Bo jeśli chodzi o moje zdrowie to musze leżeć i nie mogę się za dużo uczyć, a jeśli chodzi o naukę to muszę się uczyć i nie mogę za dużo leżeć. No i dupa. No i dlatego fajnie, że jest niedziela, bo to jest taki czas kiedy tylko leże - bez nauki i bez... bez wyrzutów sumienia, że tego nie robię! No i niedzielę trzeba szanować dlatego, że jak się jej nie szanuje, to staje się takim zwykłym, standartowym dniem. No i kiedyś jak się normalnie uczyłam w niedzielę to jak próbowałam sobie powiedzieć "dziś się nie uczę, bo nie można - niedziela" to potem se mówiłam "tak, niedziela - jakoś zeszłej niedzieli się uczyłaś i było można!". No i trzeba szanować, żeby wiedzieć: to niedziela, a to nie i już! No! A przecież Pan Bóg to po co On tę niedzielę wymyślił? Bo miał 9 przykazań i chciał dodać jeszcze jedno, bo 10 jest ładniej niż 9?! On to kurde po to, żeby nam dobrze było. Bo my byśmy tę naukę mogli sami w ten dzień odebrać. Ale wyrzutów sumienia byśmy sami sobie nie odebrali=o/ I też to też czasem w naszym życiu jest, że musimy robić to, co najpilnniejsze. Ale wtedy zapominamy o tym, co jest najważniejsze. I niedziela też jest po to, żeby z Panem Bogiem być częsciej i więcej niż w normalny dzień. No! Dlatego szanować, kurde, niedzielę! Nie uczyć się w niedzielę!!! ...a nie- w niedzielę można się uczyć - Pana Boga!!!

ps. no w sensie, że jak ktoś musi, to się uczy - myślicie, że co ja robię w sesyjne niedziele (yyy... takie niedziele, że podczas sesji). Jak mus to mus :sciana:

kisieL - 03-03-06, 20:01

A ja sie nawróciłem na rekolekcjach u siebie w parafii.
Dzisiaj na kazaniu ksiądz Orzech mówił dość dużo o pierwszym i drugim przykazaniu.
Co do pierwszego no to ono jest
"Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną"
No i to "przede Mną" jest ważne. No bo są różne bożki, jak kasa, czy komputer, czy co tam sobie kto wymyśli. No i to przykazanie wcale nie mówi, że trzeba je zupełnie odrzucić i w ogóle nie mieć z nimi do czynienia. Tylko, że mają być za Panem Bogiem, ale jak są za Nim, to już sobie mogą być. Bo jak Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, to to co dalej, to poukłada tak, jak powinno być.
A drugie to
"Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno"
No i to można odwrócić. No bo skoro tego nie można robić to znaczy, że to jest złe. Czyli w drugą stronę powinno być dobrze. Czyli:
'Wzywaj imienia Boga do ważnego powodu" (a wyjdzie Ci to na dobre).

I jeszcze już po mszy, a jeszcze przed spotkaniem dla małżenśtw Orzech gadał i powiedział takie coś, co mi się bardzo spodobało:
"przyjaźń to znaczy, że jest jaźń przy jaźni"

Lil - 18-04-06, 22:11

jak byla Wielka Sobota, to w Orędziu Wielkanocnym (tym długim śpiewanym na początku Liturgii po poswieceniu ognia) bylo takie genialne zdanie. no i fajnie bo tak:
jest sobie dom. i jest sobie pan tego domu. no i on ma umilowanego syna. i niewolnika ma. i ten niewolnik to taki jest, ze go nie zawsze slucha, sprzeciwia sie jego woli i w ogole. i nagle ktos tego niewolnika porywa i jest dla niego niedobry i go krzywdzi. i ten pan domu z wlasnej nieprzymuszonej woli postanawia go odzyskac. ale porywacz stawia jeden warunek: daje ci niewolnika, ty dajesz mi swojego syna, bym postapil z nim tak, jak chce. no i ten pan decyduje sie oddac wlasnego umilowanego syna. po to, zeby odzyskac niewolnika... bo w Exsultecie bylo cos takiego wlasnie, ze 'O jak przedziwna łaskawość Twej dobroci dla nas! O jak niepojęty wybór miłości: aby wykupić niewolnika wydałeś Syna!' no i tak sobie mysle, ze zeby tak postapic, to ten pan musial bardzo tego niewolnika kochac... no bo kto zdecydowalby sie oddac umilowane dziecko za obojetna mu osobe... i tak, ze musial tego niewolnika traktowac jak takiego ukochanego przyjaciela... no i tak ze tym ukochanym Bożym przyjacielem jest kazdy z nas... i tak fajnie... 'niepojęty WYBÓR miłości'...

Ewa - 25-04-06, 00:00
Temat postu: Jak Pan Bóg pobłogosławił moje postanowienia
No bo moja mama to wie, że chodzę do kościoła, nie? No, tak normalnie... No i przyniosła mi taki kaledarz na 2006 Poczty Polskiej z Janem Pawłem II na okładce... taka cepelia :| No ale dobra - włożyłam se do szafki :] No i ja jak się modlę to mi tak trudno się skupić... w sensie, że jak w domu jestem - bo tu telewizor, tu plan zajęć i patrzę co mam jutro, tu to, tu tamto... no i se kiedyś postanowiłam, że będę pisać. No i se od tamtej pory piszę i już mam któryś tam zeszyt z kolei... taki jakby pamiętnik, tylko że do Pana Boga pisany a nie "Drogi Pamiętniku" ;) No. No ale ostatnio zauważyłam, że mi w tym systematyczności brakuje. I tak se pomyślałam, że muszę sobie postanowić, że będę pisać CODZIENNIE! Choćby mało, ale codziennie! No i tak nie wiedziałam, jak tu się z tym pilnować i potem mi się przypomniał ten kalendarz od mamy. No i kurcze! Tak se postanowiłam, że ja odstawię ten zeszyt teraz i w tym kalendarzu będę pisać! Pan Bóg pobłogosławił moje postanowienie bycia systematycznym w tym! No! No i se otwieram i tam jest tak, że linijki, linijki potem przerwa i jeszcze parę linijek. No i tak spoko - se piszę, piszę i doszłam do tej przerwy i patrzę a tam pisze: "Priorytet dnia". :wow: :wow: :wow: Matko... jak mnie to rozwaliło... i se tak myślę, kurcze... że to jest takie coś, co każdy człowiek sobie powinien uświadamiać każdego dnia: co było dziś moim priorytetem? Nad czym się dziś najbardziej skupiłam? Co było dziś dla mnie ważniejsze od innych? Co sprawiło, że mniej czasu poświęciłam Panu Bogu, czy bliźnim? Jaaa.... :wow: no i pod spodem jest szcześć linijek - i to też jest fajne, bo ja kiedyś zauważyłam, że jak jestem zmęczona to nie robię rachunku sumienia na komplecie... tzn robię, ale taki na odwal się. No i se kiedyś też postanowiłam, że nie można tak! Bo pewnego dnia się budzę z ręką w nocniku! A to trzeba każdego dnia sobie uświadamiać, ile w tym nocniku jest już moczu, żeby wiedzieć, kiedy rękę wyciągnąć :p No. I se wtedy postanowiłam, że jak nie będę miała czasu, czy sił, to tylko sobie przypomnę trzy rzeczy dobre i trzy złe, które zrobiłam i już. No i kurcze - tam akurat jest sześć linijek... i to też mnie rozwaliło. Bo tu też Pan Bóg pobłogosławił mojemu postanowieniu robienia sobie rachunku sumienia każdego dnia. No. Już. I jeszcze mam takie postanowienie czytania Godziny Czytań... ale to jeszcze nie wiem - jak Pan Bóg będzie chciał, to pobłogosławi :p
Dzięki!

Lil - 27-04-06, 15:54

heh ale bajer:) gdzieś w Ewangelii (nie pamiętam gdzie) Pan Jezus mówi, że u ludzi nawet każdy włos na głowie jest policzony. Kto z nas se liczy włosy na głowie?? No nikt. Panu Bogu naprawdę bardziej zależy na nas niż nam samym:)
Marthi (Rut) - 08-05-06, 12:06

Ja nawracam się jak słyszę tą piękną modlitwe śpiewem.
Na koncercie Anastasis (ostatnio) znów poczułam to takie ciepło modlitwy tekstem i dzwiekiem. :)

Bezdomna - 15-08-06, 22:22

a ja się nawróciłam na mszy w niedziele, jak stałam koło takiego chłopczyka, tak na oko 5-6 lat, i na Ojcze nasz stanął i rozłożył łapki i się modlił. Do Taty. Jaki gość. Takie Abba - Tatusiu.

[ Dodano: Sro Sie 16, 2006 12:02 am ]
A wogle z takich przemyśleń forumowych..hm..bo tak sobie myślę, ze troche lipa, ze takie działy jak ten odchodzą w odstawkę, a chwalenie i lubienie jest nieustannie na topie.. w sumie to swiadectwa budują wspólnotę... takie tam moje myślenie. Zeby to rzeczywiście było forum katolickie.
A z drugiej strony fajnie, ze sie dzielimy tymi swoimi swiadectwami na zywca..noo..to dobre jest.
no..
hm..
ale z trzeciej strony mamy głosić Pana Bogach na dachach..to moze tez i na forum?
ja nie wiem.
głośno tylko i forumowo myśle.nocną porą.:)

skrzypczyk - 16-08-06, 11:58

Ja dzisiaj oglądałam film o Janie Pawle II, no i jak to On mówił wiele fajnych rzeczy, ale powiedział też, że jak spotyka człowieka to jeszcze przed rozpoczęciem z nim rozmowy już się za niego modli - to takie fajne :629: , a wogle to w te wakacje czały czas sie nawracam, dzieją sie rzeczy, których nigdy bym sobie nie wymarzyła, moje plany legają w gruzach, wiec już nic nie planuje i jest ok :]
Ewa - 31-08-06, 10:26

chciałam sobie oglądnąć filmik z Wołczyna, który jest na naszej stronce i na początku tak polałam z br. Radka - jaki kapucyn, jak tańczy :hahaha: a potem... jaaa... ojej.... :( no i się tak nawróciłam, że... jej... no że można być tak zdeterminowanym, by się tak Panu Bogu oddać, by po prostu szaleć, by robić, co się podoba, co się chce i nie patrzeć na to, co pomyślą, czy nawet powiedzą inni. No nie mogę... ja... tak się oddać Panu Bogu... jaaaa...

[ Dodano: Czw Sie 31, 2006 1:41 pm ]
witam po raz drugi :]
pisałam wcześniej, jakim świadectwem był dla mnie br. Radek na filmie. A teraz czytam czytania z dnia i:
"W Nim to bowiem zostaliscie wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was. Nie doznacie tedy braku zadnej łaski oczekując objawienia się Pana naszego, Jezusa Chrystusa. On też będzie umacniał Was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dzień Pana naszego, Jezusa Chrystusa" (1Kor 1,5-8)
jaaaa... no i że takie fajne... kurcze, że nie dość, że dla mnie takie mocne było, jak tak sobie pomyślałam o tańcu br. Radka nie jako o szaleństwie i wygłupianiu się, ale jako o modlitwie i świadectwie, to jeszcze teraz mi Pan Bóg obiecuje, że zostałam wzbogacona, że nie doznam braku łaski i że będzie mnie umacniał aż do końca ja.... o kurcze... nie zasłużyłam :/

Iwasiut - 07-09-06, 18:47

bo ja zgubiłam telefon.. i nawet widziałam, że jakaś pani go zabrała...i się za nią modliłam przez te wszystikie dni i jakoś tak wierzłam, że jednak są ludzie uczciwi..no i cóż..no i to było w niedzielę..i co?...;)..i dzisiaj mam już ten telefon spowrotem!;)..hi.. w ogóle jaka pani!! oddała mi telefon i w ogóle!!jej.. no i kurcze szok.. Pan jest Wielki i działa cuda!..i są ludzie uczciwi i chwała Panu i już!!;)
Ewa - 08-09-06, 09:48

e... no, nie mogę... nie... jej... nie mogę... po prostu weźcie sami...

http://www.emuzyka.pl/teledyski/file/134334.php

o tekst mi chodzi
http://www.tekstowo.pl/index.php/tekst/DKA/Wybacz


taki Pan Bóg... taki Pan Bóg... :placze: :placze: :placze:

Bezdomna - 10-10-06, 00:36

a mnie ciągle zastanawia to pierwsze czytanie z niedzieli..heh..(oprócz polewki z Adama, który okazal sie najkonkretniejszym facetem an swiecie, nazywająć wszytsko co sie rusza Istotą żywą:). ) Ale tak sobie myślalam czemu "żebro"?.czemu Pan Bóg nie stworzył kobiet z kości śródstopia? Albo z kawałka kolana? Albo z kawałka ucha? No i tak mi przyszło na myśl, ze zebro to tak blisko serca. I nie dość, ze blisko, to jeszcze ma to serce ochraniać. I że takie żebro porusza sie w takt oddechu. No i Ewa .Kobieta. Wreszcie Oblubienica,Kościół... Małżonka Baranka wsłuchująca się w serce Swojego Oblubieńca. To juz pewnie daleko idąca interpretacja, ale mi się podoba:) Baby cos chyba maja po tym fakcie z zebrem, bo z tego co slysze i wiem i doswiadczam sama, lubią polozyć swoją głowę na piersi tegoż ukochanego mezczyzny i sluchac sobie jak mu tam bije serducho:) No i genialne jest to, ze Pan Bóg stwarzająć ADama i Ewę tak różnymi,uczynił ich jednością. Zeby ta różnorodność stała sie bogactwem i wzajemnym dopełnianiem, a nie żródlem kłotni i fochów. I ja tam nie mam focha na tekst, ze zony maja byc poddane mezom.Bo ci maja przeciez miłowac zony tak jak Chrystus umiłował Kościół. Prosta recepta na zyciowe szczescie:)
Marthi (Rut) - 10-10-06, 06:39

:) ladne Bezdom i takie konkretne i ja sie zgadzam :) ihihi :*
anka - 10-10-06, 09:21

ee no więc chciałąm się z wami podzielić tym co Bóg ostatnio sprawił ;)
no to jak niektórzy już wiedzą moja siostra chodziła z nieodpowiednim chłopakiem, często były awantury u mnie w domu ...bo on z nami mieszkał i od pewnego momentu się męczyłam...bardzo....i w Kasinie normalnie po rozmowie z Iwasiutką kochaną<całusy> zaczełam się bardzo mocno modlić o to by On coś zrobił z tym Arturem...bo normalnie go przez okno z 10 piętra wyrzuce ...heh nie no nie aż tak ...ale prawie...no i w ogóle mi było nie fajnie no i po powrocie poszłam na siłę z moją siostrą na długaśny spacer i zaczęłam jej tłumaczyć...ona mi powiedziała że też się męczy i że po ostatniej modlitwie stwierdziła że odda go Bogu ...znaczy że zerwie z nim...bo może w taki oto sposób zmieni mu się w tej głowie i td... no i normalnie stał się CUD... najpierw "wywaliła go z domu" znaczy kazała mu się wyprowadzić ...na początku to mu się nie spodobało ale....zaczął myśleć że ona wybrała chodzenie na neo i że Bóg jest ważniejszy od niego ..i zaczął myśleć nad swoim życiem...rozmawiał ze mną dużo..nie wiem dlaczego przecież on...mnie bardzo męczył...można tak powiedzieć...ale rozmawiałam z nim długo no i szok, poszedł do spowiedzi i gdzie do naszych kapucynów..tak ich jeździł a teraz taka zmiana..i chodzi na naszą msze w niedziele... i jestem w szoku, że przez to że stracił wszystko( znaczy moją siostre)...zaczął normalnie myśleć że to Jezus jest od niej ważniejszy...teraz przychodzi nas odwiedzać ...kto wiem może Pan Bóg znów ich złączy i dwoje i zaczną wkońcu budować związek na skale opierając się na Jezusie...i jeszcze on miał zawsze "twarde serce"a na tej spowiedzi zaczął płakać ...Pan dał mu czas płaczu...i skorzystał ...i oczyścił się ...ja jeszcze się tego boje..ale to inna historia ;) no więc mogę powiedzieć że Pan Bóg działa ...mam nadzieje że nie zanudziłąm was :) ...heh no to tyle...kochani jesteście

Gutek - 09-02-07, 15:41

NO to zaczne dawno nic nie pisalem :) ale ze sie nawrocilem to wam opowiem :) . W maju wyjechalem do hiszpani do pracy i tam poznalem takiego kolesia :) z ktorym pracowalem. No i ze on ma zone i sa po slubie juz 10 lat i od poczatku sie strali sie o dziecko i niestety bez owocnie. I oni mowili tak :" Ze maj a warunki zeby miec dzieci ale nie moga, wiec chyba Bog ma dla nich inny plan" no i tak postanowilem sie modlic za nich i tak dlugo sie modlielm :) ))). I dzis dzwoni do mnie :) z nowina ze Jego zonka jest w ciazy :) I ze tak fajnie :) Bog jest Kochany :) )))O to by bylo na tyle no ... w sesie ze sie nawrocilem :)
Natek - 11-02-07, 22:38

oooooooooo jak fajnie :) :) :) :064: :064: :064:
Bezdomna - 05-04-07, 23:41

A ja musze przyznać, że się nawróciłam tym naszym sprzątaniem w środę. Jakos tak ostatnio bardziej doceniam wartość pracy jako takiej i tak sobie myślę, że skoro umiemy razem sprzątać to bardzo dobrze:) Fajnie było widzieć wszystkich, uśmiechniętych pomimo mopa w ręce, jak sprzątają Panu Bogu Dom. No bo przecież to było coś więcej niż zwykłe sprzątanie. W jakiś sposób przygotowaliśmy miejsce do spożycia Paschy. W ogóle patrzę na nas i myślę sobie, że mimo tego, iz panuje wszechobecne przekonanie, że źle się dzieje, że kryzys i takie tam różne, to jednak jak przychodzi co do czego, to jesteśmy. Sprzątamy, sprzedajemy chlebki, śpiewamy na Triduum, itp, itd. I te Święta też w większości spędzamy razem, gormadząc się na Triduum. Ja mam daleko na Sudecką. A jednak chcę je spędzić z Wami. Lubię bardzo moją wspólnotę:)
prałat - 06-04-07, 11:21

ja się ostatnio prawie nawróciłem dzięki Bezdomnej, kiedy mówiła że chce wspólnoty ;D
tyśka(dzika) - 06-04-07, 13:39

prałat napisał/a:
ja się ostatnio prawie nawróciłem dzięki Bezdomnej, kiedy mówiła że chce wspólnoty ;D

"prawie" brzmi wymownie...
A moim zdaniem to nie kryzys tylko "moralna odnowa" - na gorsze.
ale jakoś ta Wielkanoc nie działała na mnie szczegówlnie nawracająco, póki nie poświęciłam troche czasu i uwagi wspólnocie. Zaiste powinniśmy częściej sprzatać. To był dobrze spędzony czas. (po raz pierwszy siedziałam >po drugiej stronie< konfesjoinału :597: ) i mimo wszędobylskich pogłosek o kryzysie to jednak dla znacznej większości wspólnotowiczów,Ichtis wciąż jest priorytetem. Jak ktoś będzie chciał to się w końcu nawróci. "I to jest takie lepsze" ;)

Achre junior - 06-04-07, 15:08

tyśka(dzika) napisał/a:
to nie kryzys tylko "moralna odnowa" - na gorsze.


Jak to mówią - demoralizacja młodzieży ;]

Robertos - 07-04-07, 00:15

Ja się nawróciłem w Wielki Piątek. Rzadko się zdarza, że nawracam się tym co sam z własnych ust słyszę. Ale tym razem nawróciłem się podczas śpiewania Męki Pańskiej. Jak dobrnęliśmy do fragmentu kiedy w niezwykłym klimacie wprowadzonym przez chór padają słowa: "Potem Jezus świadom, że wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: PRAGNĘ... Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu dano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: WYKONAŁO SIĘ! I skłoniwszy głowę wyzionął ducha..." Aż mi się jakoś ciepło zrobiło, coś ścisnęło w gardle. Dobrze, że był moment klęczenia w milczeniu, bo byłby problem wyksztusić w tym momencie z siebie cokolwiek dalej...

A to wszystko za moje grzechy i dla mojego zbawienia... Aż się chce śpiewać za Psalmem 126: "WIELKIE RZECZY NAM PAN UCZYNIŁ!!!"

Amen

prałat - 07-04-07, 01:18

ja się popłakałem jak śpiewaliście. naprawdę piękna liturgia była...
Grażyna - 07-04-07, 14:11

Rok temu jak słyszałam „Precz! Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!”, to mnie zamurowało, zmroziło po prostu! A teraz sama miałam się wydzierać w ten sposób... Jak nadszedł ten moment, to aż w szoku byłam, że ja wrzeszczę, krzyczę i nie przerywam, i na koniec jeszcze – „Ukrzyżuj!” solo wypadło :/ ... Krzyczę dla efektu, na pokaz, bo tak jest w partyturze, tak trzeba :/ ... Żeby się podobało... Zupełnie bez jakichkolwiek uczuć :( ... Na próbach myślałam sobie, że nie, to mi przecież przez gardło nie przejdzie, bałam się – a jak przyszło co do czego, to byłam bardzo gorliwym członkiem tłumu :( ... Cała ja... Jak mam zgrzeszyć to: „nie, nie – ja nigdy...”, a potem znieczulica :( ... Wiecie, mnie właśnie te słowa dotknęły najgłębiej... I nawet sięganie resztkami sił do es dwukreślnego nie było tak trudne do wykonania jak krzyk... Przynajmniej tak mi się dotąd wydawało :( ...
Bezdomna - 07-04-07, 16:20

A ja sie nawrociłam troszkę tez w Wielki Piątek. Jak juz sobie poszłam na Adorację, po Liturgii. I tak sobie klęczalam w ławce i leżał sobie przede mną Dzień Pański. I tak mimowlonie przeczytałam co też tam ciekawego piszą w związku z takim Dniem. W sumie niedużo pisali, bo prawie cały Dzień Pański zajęła Ewangelia, ale w takim krótkim wstepiku było tak fajnie napisane, ze wyjmuje się Najświętszy Sakrament z Tabernakulum po to, żebyśmy zobaczyli jak smutne byłoby nasze życie bez Jezusa. Akurat siedziałam w takim miejscu, za kolumna, że Pana Jezusa nie widziałam, wiec się patrzyłam na to puste Tabernakulum co chwila. A tam nie ma Pana! I mnie to rozwaliło. Bo jeszcze byłam głodna, tak normalnie, fizycznie, a tam stoi jak byk napisane "Chleb Życia".Tylko nie ma tego Chleba. I tak sobie mysle, jak beznadziejne musiałoby byc życie bez Pana Boga. Taki po prostu wieczny głód tego Chleba. Zycie w jakijs dziwnej, może nieuświadomionej tęsknocie i permanentnym niespełnieniu. Maaasakra.No i dalej tak sobie myślałam jakby to było żyć w czasach przed Chrystusem. I nagle słysze o tym komentarz. Pan Doskocz czytał. Własnie o tych, ktorzy za życia nie znali Jezusa. I o tym, że Jezus "wrócił" po nich po ?Swojej śmierci. Dzień męki Jezusa był najszczęsliwszym dniem dla tych ludzi. Fajnie. Pan Bóg nigdy nikogo nie zostawia w śmierci.
Basia - 09-04-07, 01:35

A ja tez sie nawrocilam... :p :]
Moze zaczne od tego, iz ostatnie tygodnie byly dla mnie jakos tak szczegolnie ciezkie. Pewnie dlatego, ze w ogromie codziennych spraw po prostu zgubilam Pana Boga...
A co gorsze, nie potrafilam Go w swoim zyciu na nowo odnalezc... W koncu nawet przestalam przez ostatni czas pojawiac sie na srodowych spotkaniach. Skutek byl oczywisty: jeszcze bardziej zaczelam gubic sie w swoim zyciu... W glebi serca mowilam sobie: Panie Boze, gdzie jestes? A nie zrobilam zadnego kroku, zeby Go odnalezc. Co wiecej, nawet nie pozwalalam, aby On odnalazl mnie... Ale Pan wytrwale pukal do drzwi mojego serca i czekal... "Oto stoje u drzwi i kolacze" (Ap3,20) ... czekal, az w koncu uslysze Jego glos... Uslyszalam... i w Wielki Czwartek uchylilam Mu wejscie do swojego serca przez sakrament pojedniania... Tyle wystarczylo... Bo to wlasnie tam ja - taka strasznie niedoskonala Basia - doswiadczylam przebaczajacej milosci Boga... Kiedy kaplan zacytowal mi slowa psalmu: "Jak lania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boze!" (Ps42,2)... lzy poplynely mi po policzkach. Bo w moim sercu bylo gleboko ukryte pragnienie Boga. I w ciagu ostatnich dni Pan na to pragnienie odpowiedzial. Nigdy wczesniej nie doswiadczylam takiej radosci ze zmartwychwstania Jezusa. A radosc stala sie jeszcze wieksza, gdyz moglam ja dzielic z Wami - moja wspolnota... (Dzieki za to, ze jestescie ;D ) Pan Bog znowu przyszedl do mnie niespodziewanie, znowu dal mi znacznie wiecej niz oczekiwalam... Jestem szczesliwa ;D , bo JEZUS ZYJE, a ja Go spotkalam ZMARTWYCHWSTALEGO! ;) ;) ;)

maciek - 15-04-07, 22:00

Kurcze, ja też. Nie wiem, czy te święta działają tak normalnie czy co, ale bardzo dużo osób się nawraca.

No więc jakiś miesiąc temu spowiadałem się z błędu życia. No i po tym miałem ten taki okres radości, a potem wszystko wróciło do normalność. Normalności czyli do tego, jak nie powinno być w życiu chrześcijanina.

Nie wiem, co tak mnie w te święta nawróciło. Może to, że podczas moich pierwszych rekolekcji [w Gródku] bardzo spodobała mi się forma jutrzni i gdy przeczytałem, że jutrznia będzie w piątek i sobotę, to stwierdziłem, że koniecznie muszę chodzić.

Może oprócz jutrzni zadziałały na mnie te wieczorne liturgie. Piątek i sobotę spędziłem na chórze i to w takim miejscu, że nic nie widziałem. Teraz przypominają mi się czasy, kiedy Boga u mnie nie było i eucharystię spędzałem na górze, w samym rogu i było śpiąco.

Aha, w piątek przed jutrznią pojednałem się z Bogiem. Tym razem dostałem kopa [tego negatywnego Proszę tego nie robić!!!. No jakbym sam nie wiedział]. Ale skutek przyniosło...

W sobotę sprzedawałem chlebki i poszedłem na poświęcenie pokarmu. Wieczorem siedziałem na dole, ze wszystkimi rybami i naprawdę czułem się jak członek wspólnoty. Było świetnie. Na koniec impreza z hasłem "Zmartwychwstał" zrobiła na mnie takie wrażenie, że po prostu... Brakuje słów. Wyszedłem wcześnie, o północy. Podwiózł mnie Brat, w-między-czasie opowiadając o posłuszeństwu rodzicom. Jakoś to do mnie przemówiło [przed wyjściem zrobiłem w domu małą awanturę, dlaczego nie mogę zostać do rana i było mi potem trochę głupio].

No i Niedziela. Dzięki zaśnięciu o 00:30 udało mi się wstać na rezurekcję. Wrobiony przez jakąś babcię, pokornie niosłem wstążeczkę od sztandaru. Potem prawie dostałem zawału, kiedy jakiś weteran wojenny zaczął strzelać w powietrze z pistoletu. Eucharystia była trochę śpiąca [może ja byłem?], potem zostałem podwieziony do domu przez Niesamą, co było niezapomnianym przeżyciem.

I Pan wysłuchał mojej modlitwy - w tym roku przy wielkanocnym stole w moim domu nikt się nie kłócił :064:

Dziękuję więc Bogu za to, czym mnie doświadcza. Dziękuję za to, że po raz pierwszy w życiu zrozumiałem sens tych świąt. I dziękuję Wam, droga Wspólnoto Ichtis. Gdybym Was nie spotkał na swojej drodze, pewnie nadal spałbym w najwyższym kącie kościoła...

maciek - 15-04-07, 22:00

Ale długie te moje wywody :>
Zielona Paulina - 15-04-07, 22:25

a Ja? nawróciłam sie..nareszcie odkryłam miejsce, swiat do którego należę...i podobnie jak tata Grażynki rodzice sie o mnie nez przerwy martwia i traktuja jak opetaną...ja poprostu ide za tym co naprawde czuje a czuje ze to naprawdę dobra droga... Powinni jej spróbować moze by sie wreszcie do niej przekonali...nie jest miło słuchac jak mama cały dzień mi wypomina że w domu też mam obowiazki a ja tylko w kościele siedzę..oczy same sie szklą serio.. zanim poznałam na nowo Boga byłam zagubiona..nie wiedziałam kim jestem...a teraz wiem ze juz bedzie dobrze...że <>< to moje miejsce na ziemi i chcem wszystkim z <>< podziekowac za to że są...jesteście kochani.. :przytul: a szczególnie powinnam dziekowac Kasi to dzieki niej tu trafiłam ... :przytul:
Natek - 16-04-07, 21:56

occh ja mam tak samo:) od tych 3,5 latek, kiedy jestem w <><
PAN MYM ŻYCIEM!!!!!!!!:):):):):):):):)

marian - 19-05-07, 23:07

tak właśnie...ja też się nawróciłam (znowu). najpierw koncert, który naprawdę był niesamowity. co prawda cały przesiedziałam rycząc na balkonie, ale teraz wiem, że tego potrzebowałam. zastanawiam się tylko jak długo ta fascynacja będzie trwała. no bo ja mam tak, że po każdym tym kolejnym nawróceniu, jestem taka zachłyśnięta Bogiem, Słowem, spotkaniami. często w takim okresie łapie się na tym, że mam wrażenie, że to wszystko jest takie nowe, takie niesamowite i do czasu kiedy nie uświadomię sobie, że tak właśnie było za każdym razem i że tak naprawdę to wszystko nie jest wcale nowe, jest dobrze, a kiedy przyjdzie czas, że zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, iż to nie jest żadna nowość, wszystko zaczyna się sypać. i właśnie wtedy tak bardzo oddalam się od Niego i znowu czekam, aż się nawrócę. czy coś ze mną jest nie tak?!
Bezdomna - 20-05-07, 23:16

jak na mój gust to objawy sa jak nabardziej w normie. Fajnie jak Pan Bóg daje się Sobą zachwycić, ale wiara to cos o wiele, wiele, wieeeeeele więcej niż jakies przelotne uczucia przeciez... Wierzyć to być wiernym pomimo wszystko. Tak po prostu, w małych bataliach o Pana Boga na co dzień.
marian - 21-05-07, 18:11

bardzo dziękuje. już mi lepiej, bo obawiałam się, że coś ze mną jest nie tak jak być powinno. aktualnie znajduję się w fazie zachwytu i mam wrażenie, że to niedługo się skończy. boję się, bo nie chcę żeby tak było. co mogę zrobić?? :(
Natek - 24-05-07, 15:33

hmmmmmmmm, to każdy przechodzi. Po prostu zaufać Panu, On Cię będzie prowadził. A poza tym to jest tak, jak z zakochaniem:nie można tak za długo, bo by się dostało fioła :p
Natek - 24-05-07, 15:33

no, bo w sumie to jest zakochanie :)
marian - 24-05-07, 20:06

tak to jest zakochanie... ostatnio pełna euforii w szkole zaczęłam wykrzykiwać, że się zakochałam, a zapytana w kim, odpowiadałam z uśmiechem na buzi "w Panu". to cudowne uczucie znów się nawrócić (polecam wszystkim :p )
Achre junior - 25-05-07, 19:41

Dziękuję Martusi za świadectwo na grupce...
maciek - 04-06-07, 17:55

a ja muszę przyznać się do rzeczy głupiej i to takiej, której się wstydzę. No więc jak mieliśmy to nasze czuwanie, to niby było super, cały byłem szczęśliwy, nawet poczułem obecność Boga, ale w środku było beznadziejnie. wyobraźcie sobie - odchodzicie po spowiedzi, czujecie radość itd. A Macio nie poczuł ani radości, ani wdzięczności. Poczuł zwątpienie. I to durne zwątpienie, bo przez całe nasze czuwanie próbowałem się go pozbyć ("debilu, przecież Bóg jest, doświadczyłeś go, zmienił cię"). Ale nie podziałało. Wyszedłem rano zmieszany. I czułem się źle. Czułem się jak jakiś głupi niedowiarek.

Ten stan trwał trochę, ale myślę, że przeszedł. Od pewnego czasu jest już ze mną lepiej. A dzisiaj jest świetnie. Poczułem Go naprawdę i zobaczyłem, jakich cudów dokonuje. Znowu. W moim życiu :D

Natek - 08-06-07, 23:16

zwątpienia też są potrzebne i to wcale nie jest głupie :) to świadczy też o tym, że nie wierzymy "w ciemno", jak w jakiejś sekcie:) ale to zawsze trudne doświadczenie i trzeba uważać, zeby nie przesadzić z roztrząsaniem tego. Jak powiedzaiał Jan Paweł II, wiara bez rozumu jest zabobonem, a rozum bez wiary jest bezsilny. :)
Dark Echo - 21-06-07, 11:12

Hm... nie bardzo ten post będzie pasował do tematu, bo ateistką jestem nadal, jak przez całe moje dotychczasowe życie, ale jednak... coś się zmieniło.

Chciałabym bardzo Wam wszystkim podziękować za wczorajsze spotkanie. Naprawdę... pierwszy raz byłam na czymś takim i od razu zrobiło mi się tak ciepło w sercu, że łojej ^^ Nogi mi się trzęsły jak galareta, kiedy stałam przed tym mikrofonem, język mi się plątał, w a głowie miałam mętlik... Ale kiedy już to wszystko z siebie wyrzuciłam, poczułam się naprawdę o parę kilo lżejsza x] Dziękuję Wam! A zwłaszcza Tobie, Grażinn :* Nie wiem, co by się ze mną teraz działo, gdyby nie Ty x]

Dziękuję! ^^

Gutek - 21-06-07, 13:14

Pasuje Pasuje ten post bo mojim zdaniem tylko po czesci "spawka" Grazynki ale dziki Bogu ktory dzila przez grazynke Fajnie. Bede sie modlil za ciebie PA Iz 49,15-16a
Grażyna - 17-08-07, 22:32

Prawie się nawróciłam... Wiecie, że jestem upierdliwa i wszystko muszę mieć wyjaśnione... Animatorzy mi mówią, że sama się tym krzywdzę... No i mają rację. Wczoraj się trochę poturbowałam. Bo ja, zamiast czytać lektury, czytam sobie różne wywody w necie... I wygrzebałam taką prześmieszną stronkę, na której racjonaliści przekonują m. in., że: "...religia jest właściwością mózgu, i tylko mózgu. Nie ma nic wspólnego z jakimiś zewnętrznymi zjawiskami czy bytami. (...) Ostatnią iluzją jest to, że stanowimy wyjątkowe istoty, nad którymi czuwa ktoś w rodzaju starszego krewnego. Można to zweryfikować wyłącznie metodami naukowymi, a moje badania wykazują, że przeżycia to wytwór naszego mózgu (...)" (dr Persinger). Jest taka nauka, religiologia, której gałęzią jest neuroteologia (nie mogę z tej nazwy :hahaha: ). „Przedmiotem badań tej nauki są procesy zachodzące w mózgu w czasie przeżyć religijnych oraz wpływ owych procesów na te przeżycia”. Słowniczek-Polemiczek podaje taką definicję neuroteologii: „To ostatnio (podobno) niezwykle bujnie rozwijająca się dziedzina (pseudo)nauki, a przy okazji jest to jeden z najśmieszniejszych i najgłupszych pomysłów sceptyków-ateistów. Ateiści wymyślili sobie, na podstawie pewnych badań (a jakże) zupełnie naukowych, że wiara w Boga wynika wyłącznie z zaburzeń w pracy mózgu. Jak zwykle coś im dzwoniło, ale znów nie wiedzą w jakim kościele. I jak zwykle nie zadbali o to, żeby ich teoria miała jakieś solidne i nie do obalenia podstawy. Otóż doszło do ich wiadomości, że niektóre osoby cierpiące na padaczkę skroniową mają przed atakiem konwulsji piękne i mistyczne wizje religijne. Dowiedzieli się również, że takie wizje można wywołać sztucznie, u zupełnie zdrowej osoby, drażniąc pewne partie mózgu prądem elektrycznym o niewielkim natężeniu. I to według nich ma stanowić niezbity dowód na to, że nie ma Boga i że każda osoba wierząca jest chora, ponieważ jej mózg funkcjonuje nieprawidłowo (oczywiście zapomnieli wykazać w swych "rzetelnych" badaniach, że zdecydowana większość wierzących nie cierpi na padaczkę ani żadne inne, podobne zaburzenia). Zapomnieli również poinformować naiwnych i niedouczonych, że drażniąc inne partie mózgu można uzyskać każdy, dowolny typ wizji: pacjent może mieć wrażenie, że przebywa w dowolnym miejscu, np. nad jeziorem lub w górach, może słyszeć głosy lub inne dźwięki, czuć różne smaki, przeżywać pozytywne lub negatywne emocje, wrócić do okresu dzieciństwa, czuć ból lub przeżyć orgazm. Naprawdę, wszystko można wywołać sztucznie, drażniąc mózg. Z całą pewnością można też wywołać w ten sposób ciężki atak ateizmu lub sceptycyzmu. Rozumując w ten sposób musielibyśmy uznać to za dowód na to, że wspomnienia, widoki jezior i gór, smak, orgazm i ateizm są wyłącznie chorą wizją, będącą wynikiem zaburzonej pracy naszego mózgu lub skutkiem choroby! Tu dodam tylko, że padaczkowe wizje zależą od tego, w co pacjent wierzy na co dzień. Chrześcijanie przeżywają sceny biblijne, spotykają Jezusa, mają wizje ukrzyżowania, nieba, piekła, aniołów i innych symboli swojej wiary, muzułmanie spotykają Proroka Mahometa, a sceptycy widzą to, w co wierzą, np. piękne wzory matematyczne, modele cząsteczek chemicznych lub cokolwiek innego, co im w duszy gra” (http://astro.eco.pl/neuro.html).

Pan Mariusz Agnosiewicz, nazywający się racjonalistą, tak pisze o padaczce skroniowej w swoim artykule: „Badania nad tą chorobą, powodującą zmiany na płatach skroniowych, doprowadziły do odkrycia w tych płatach obszaru odpowiedzialnego za religijne doznania, czyli «modułu religijnego» w mózgu. Obszar ten odpowiedzialny jest również za poczucie więzi z Wszechświatem” oraz „Na padaczkę skroniową powodującą obsesję na punkcie duchowości cierpieli prawdopodobnie Dostojewski, święty Paweł, Mahomet, Joanna d'Arc, święta Teresa z Avila, Proust i in.”. Podoba mi się szczególnie stwierdzenie „i inni” ;) . Cóż. Może ten pan nie czyta gazet. Albo czyta tylko te, które go nie wybijają z jego toku myślenia. Pewnie nie czytał „Miłujcie się!”, nr 5/2005, gdzie był artykuł o tej Bolwijce, Catalinie. „10 marca 1999 roku Catalina została poddana badaniu mózgu przez doktora Victora Pellego, dyrektora oddziału neurologicznego w Mexico City. Ten szanowany neurolog nie miał pojęcia o celu w jakim było przeprowadzane badanie. Mózg Cataliny badano w czasie, gdy kobieta się modliła. Po 20 minutach okazało się, na podstawie badania ultrasonograficznego, że jej mózg wysyłał fale o coraz niższej amplitudzie drgań, zwane falami delta. Są one charakterystyczne dla osób pogrążonych w głębokim śnie lub śpiączce. Jednak najbardziej niezwykłe pomiary zapisała aparatura w momencie przyjęcia przez Boliwijkę Eucharystii: fale delta wciąż się utrzymywały. «To niemożliwe, by pacjent był przytomny, a mimo to jego mózg wysyłał fale delta» – mówił zaskoczony dr Pelle. Na podstawie ultrasonografii lekarz postawił diagnozę, że kobieta może być epileptyczką. «Myśli Pan, że jestem epileptyczką? » – spytała się Catalina. Doktor, wskazując na monitor, przytaknął i wyjaśnił, dlaczego tak uważa. Na to Caltalina odparła, że nie jest chora i spytała, czy lekarz chce więcej dowodów. W tej chwili dr Pelle uświadomił sobie, że między nim a pacjentką znajduje się dźwiękoszczelna ściana, więc taka rozmowa nie mogłaby się odbyć bez ingerencji Boga”.

Pan Agnosiewicz napisał: „By poczuć, że czas, strach i samoświadomość rozpłynęły się, musi dojść do przerwania pewnych obwodów w mózgu. Ograniczona zostaje wówczas aktywność w jądrze migdałowatym, które rejestruje zagrożenia i strach, a także ustaje ruch na obwodach nerwowych płata ciemieniowego, odpowiedzialnych za orientację przestrzenną. Dochodzi ponadto do przerwania obwodów nerwowych płatów czołowego i skroniowego, które regulują poczuciem czasu i generują samoświadomość. Aby obszar orientacji w mózgu, znajdujący się w płatach ciemieniowych, funkcjonował prawidłowo potrzebuje informacji pochodzących z narządów zmysłów. Gdy ich nie otrzymuje, nie wytwarza wówczas naturalnej granicy między „ja" a światem. Mózg rejestruje „ja" jako nieskończone i generuje poczucie nieskończonej przestrzeni. Do tego czasami dochodzi „głos Boga". Wiąże się to prawdopodobnie z elektrycznością w płatach skroniowych. Wrażenie takie pojawia się, gdy mowę wewnętrzną (cichy głos w naszej głowie, o którym na ogół mamy świadomość, że płynie od nas samych) błędnie przypisujemy czemuś co jest od nas niezależne. W tym procesie udział bierze pole Broca odpowiedzialne za powstawanie mowy. Złuda może się pojawić jeśli ograniczony zostaje dopływ danych sensorycznych, mający miejsce np. w czasie medytacji, czy żarliwej modlitwy”.

W takim razie ja jestem już w ogóle do bani, skoro Pan Bóg nie działa tak we mnie :/ ... Na modlitwie nie doświadczam mistycznych uniesień, w ogóle nic nie czuję, a mój mózg nie zaskakuje na odpowiedni bieg (pt. „moduł religijny”), tylko produkuje natłok wkurzających myśli... Ostatnio, zrezygnowana, spytałam się Niesamej, co właściwie oznacza to doświadczanie miłości Pana Boga, o które się tyle razy modlimy – czy to właśnie jakieś „oświecenie”? A Niesama odparła, że to po prostu ta świadomość, że Ktoś mnie kocha. Kocha. Najwspanialszy Facet na świecie mówi mi, że jest we mnie zakochany... Co na to mój mózg? Zalewa go dopamina? To po prostu dla mnie za trudne, by to pojąć i zrozumieć... Kiedyś na gg prosiłam Prałata, by mi wyjaśnił, o co chodzi z darami Ducha Św. i czy to ma jakieś naukowe wytłumaczenie. Achre na to: „nie wiem co się w tym czasie dzieje w moim mózgu ale niezyt mnie to intertesuje szczerze mówiąc któraz część jest aktywna”, „a nawet jeśli Pan Bóg posługuje się chemią to cóż mi do tego??” I tym stwierdzeniem przekonał mnie :jupi: ! Zanim wyjaśnię o co mi chodzi, przytoczę jeszcze pewną rozmowę z forum tej racjonalistycznej stronki. „M” to pan Mariusz, autor wywodu o neuroteologii, a „W” to Wuj Zbój (gościu się nazywa Jarek Dąbrowski :D ):

- „M: Bog to złudzenie. Dlatego robisz błąd przyjmując istnienie Boga. Rozumiesz?
- W: Nie rozumiem. Skąd wiesz, że Bóg to złudzenie?
- M: Z nauki, fizyku, z nauki. Neuroteologia pokazuje, że wrażenie Boga powstaje w mózgu.
- W: Jak kopniesz mnie w nogę, to wrażenie bólu tez powstanie w mózgu...
- M: Nie myślisz! Ból to przejaw prawidłowej, a Bóg - nieprawidłowej pracy mózgu.
- W: Trochę myślę. Skąd wiesz, kiedy mózg pracuje prawidłowo, a kiedy nie?
- M: Proste. Ból odpowiada na realy bodziec, a wrażenie Boga możesz np. kupić u laboranta.
- W: Hmmm. Wrazenie bólu też można kupić u laboranta, wywołać przez rozkojarzenie pracy mózgu!
- M: Tak. Ale KAŻDE wrażenie Boga jest rozkojarzeniem mózgu. Więc się nie podniecaj.
- W: Nie podniecam się. A ty skąd wiesz, że wrażenie Boga nie może pochodzić od Boga?
- M: Bo neurolog łatwo wywołać "objawienie" nawet u idioty, ale u idioty nie wywoła rozsądku. Rozsądek jest więc prawdziwy, a Bog to złuda.
- W: Czyli i ból to złuda? Powtarzam:: skąd wiesz, że wrażenie Boga nie może pochodzić od Boga?
- M: Nie udawaj, ze nie rozumiesz! Stąd, że neuroteologia pokazuje, że Bóg to złudzenie, szum!
- W: Czekaj... Robisz teraz błedne koło, szkolny błąd logiczny!
- M: Sam błądzisz, co widać jasno z tego, że twoje poglądy prowadzą cię do wiary w Boga. Dlatego odwracasz głupio uwagę, imputując mi wyimaginowane błedy. Na dodatek ignorujesz moje odpowiedzi!
- W: Co zignorowałem? Czy moglibyśmy wrócić do merytorycznej rozmowy? Uzasadnij, że nie robisz błędnego koła w twojej argumentacji o Bogu.
- M: Ja mówie merytorycznie, o faktach. Ty jesteś zaślepiony wiarą i nie chcesz ich przyjąć.
- W: Jakich znowu faktów nie chcę przzyjąć?
- M: Że Bóg to złudzenie!
- W: Nie rozumiem. Skąd wiesz, że Bóg to złudzenie?
- M: Tłumaczę ci: neurooteologia pokazuje, że wrażenie Boga to wynik rozkojarzenia mózgu!!! I skończmy tę głupią gadkę, bo znajomi się ze mnie śmieją, że bronię przed tobą ateizmu nurzając się w jakichś intelektualnych odchodach.
- W: Na razie użyłeś tylko jako ostatecznego argumentu dokładnie tej tezy, której słusznośc miałeś udowodnić. To się nazywa błędne koło i jest szkolnym błędem logicznym. Poza tym unikaj impertynencji.
- M: Nie uciekaj mi w atak ad homineem,, to nie żadne impertynencje. Taki cięty i ironiczny jest mój styl. A ty nie dajesz mi sie wypowiedzieć. Nauka ma poważne przesłanki za tym, że Bóg to złuda.
- W: Jakie przesłanki?
- M: Na przykład znany jest związek miedzy "objawieniami" a stanem psychicznym delikwenta.
- W: Ten zwiazek pokazuje ci, ze Bog to złuda?
- M: Tak, bo pokazuje mi, ze moge wyjaśnić "objawienia" bez odwoływania sie do Boga.
- W: I wobec tego usuwasz Boga brzytwą Okhama?
- M: Właśnie.
- W: Ale brzytwa Okhama służy sensownie tylko do usuwania zbędnych hipotez.
- M: Tak więc usuwam zbędną hipotezę: Boga.
- W: Usuwasz hipotezę zbedną DO CZEGO?
- M: Zapomniałeś, co mówileś? Skup się. Usuwam hipotezę zbędną do wyjaśnienia objawień.
- W: Ale Bog to nie hipoteza do wyjaśniania objawień!
- M: Tak? To do czego jest komu potrzebbna ta absurdalna hipoteza?
- W: Do życia w zgodzie ze samym sobą. Dlatego brzytwa jej nie usuwa.
- M: Znów cię mam! Samooszukujesz się. Chcesz, żeby ci bylo fajnie, a prawda cię nie obchodzi.
- W: Skad wiesz, ze to ja się samooszukuję, a nie ty?
- M: Bo ja szukam prawdy, a nie takiego swiatopogladu, ktory mi najbardziej odpowiada.
- W: Jesteś masochistą?
- M: Nie kpij. Szukam prawdy, niezależnie od tego, czy jest ona przyjemna czy nie.
- W A prawdę poznajesz w tak naukowy sposób, w jaki badasz hipotezę istnienia Boga?
- M: Jasne. Nauka jest jedna, a mój światopogląd jest naukowy, oparty na nauce, nie na wierze.
- W: Czyli skąd w końcu wiesz, że wiara w Boga jest błędem? Czy każda miła teza jest błędna?
- M: Bez przesady. Ale jeśli jest ona sprzeczna z nauką lub z logiką, to jest błędna.
- W: Czyli to nauka pokazuje ci, że Bog jest złudzeniem?
- M: Przecież już tyle razy mówiłem, że tak.
- W: Czekaj... To znów robisz błedne koło, ten sam szkolny błąd logiczny! Wiesz, że nauka pokazuje ci, że Bóg jest złudzeniem, bo wiara w Boga jest samooszukiwaniem się, zaś wiesz, że wiara w Boga jest samooszukiwaniem się, bo nauka pokazuje, że Bog jest złudzeniem... To nie ma sensu!
- M: Nie odwracaj uwagi rozpaczliwymi formalnymi zaczepkami. Mówimy o faktach. Jesteś zaślepiony wiarą i nie chcesz tych faktów przyjąć.
- W: Jakich to znowu faktów nie chcę przyjąć?
- M: Że Bóg to złudzenie!
- W: Nie rozumiem. Skąd wiesz, że Bóg to złudzenie?
- M: Przeciez podałemi ci już; dwa naukowe argumenty!
- W: Toż to już twoje chyba czwarte błędne koło! Nie kręci ci się jeszcze w głowie?
- M: Znów mnie celowo obrażasz. Ja przecież wiem, że nauka nie daje absolutnej pewności i tylko zbliża się asymptotycznie do prawdy. Ty zaś uparcie ignorujesz fakty naukowe. A na dodatek z tego, że nauka nie daje całkowitej pewności o nieistnieniu Boga, wnioskujesz, że Bóg istnieje! Zachowujesz się zupełnie jak ten antynaukowiec Kłósak, co go Leszek Kołakowski wyśmiewał! Mam tego dość, koniec rozmowy, idę pisać poważne artykuły krytyczne o religii!”
(http://www.geocities.com/jarkowi/articles/Ateizm/neuroteologia.html)

Cóż. Jak widać, faktycznie mózg reaguje na każdy z naszych stanów, a właściwie powoduje te stany. Neuroteologia podnieca się tym, że odbiera fale mózgowe i rejestruje, co tam się takiego dzieje. Autor artykułu przekonuje, że „neuroteologia pokazuje, że Bóg to złudzenie, szum!” (a w innej swojej wypowiedzi zapewnia, że: „1. Ja nie twierdzę, że neuroteologia dowodzi nieistnienia Boga w sposób naukowy. 2. Ja nie twierdzę, że znam przyczyny wszystkich przeżyć religijnych. 3. Ja twierdzę, że nauka dostarcza nam zupełnie naturalistycznego wyjaśnienia przyczyn religii i religijności. 4. Przyjmuję to wyjaśnienie jako aktualnie najsensowniejsze”)... A „Wyznanie wiary Soboru Laterańskiego IV stwierdza, że Bóg «równocześnie od początku czasu stworzył z nicości jeden i drugi rodzaj stworzeń, stworzenia duchowe i materialne, to znaczy aniołów i świat ziemski, a na końcu człowieka, który złożony z duszy i ciała łączy w sobie świat duchowy i materialny» (Sobór Laterański IV DS 800; por. Sobór Watykański I: DS 3002; Paweł VI, DC Ludu Bożego, 8)” (KKK 327). Przepraszam wszystkich biologów, neuroteologów i inne mądre głowy, bo ja się nie znam... Na 99% się mylę, piszę tylko, co mi się wydaje... Ale to chyba oczywiste, że mózg musi jakoś odpowiedzieć, odbijać stan duszy... Nie wiem... Bo skoro Pan Bóg nie chce wchodzić w nasze życie z butami, to też nie chce zakłócać naszej homeostazy organizmu. Dlaczego właściwie szokiem dla naukowców jest fakt, że przy skupionej modlitwie tylny płat ciemieniowy górny wykazuje osłabioną aktywność? A mój tylny płat ciemieniowy górny tak bardzo często nie chce się wyciszyć, że bez sensu... Nie potrafię się skupić... Żaden naukowiec nie uwierzyłby mi, że się modlę. A raczej że usiłuję się modlić :/ ... A skoro człowiek łączy w sobie świat duchowy i materialny, to one są chyba w nim spójne. A więc może to po prostu mózg „odpowiada” na stan duszy, odzwierciedla go? A nie, że mózg jako pierwszy przełącza się na tryb modlitwy i wychodzi modlitwa? Może po prostu dostaje cynk i się posłusznie przestraja na inne fale... Bo co by było, gdyby tomograf nie rejestrował tych zmian w falach mózgowych? To by chyba było trochę niezdrowe dla człowieka... Takie „niepanowanie” nad swoim ciałem... Niefajne takie... A dary Ducha Św. to nie żaden trans, tylko w pełni świadoma odpowiedź człowieka na przyjęcie danego daru... Chyba... Nie wiem, nie znam się. Ale herezje ja wypisuję :sciana: ... Staram się tylko odbić argumenty tego naukowca, że to mózg wszystko kreuje i inicjuje. A neuroteolodzy się cieszą: „skoro wiadomo, że inny człowiek odpowiednią stymulacją może wywołać te przeżycia, to skąd wiadomo, że i wszystkie inne nie mają równie przyziemnej proweniencji? Fundamenty wiary ów „moduł religijny" mocno podmywa. Na jakiej podstawie można teraz sądzić, że dana aktywizacja religijna mózgu ma nadprzyrodzone pochodzenie, a nie na przykład jako wpływu zakłóceń elektromagnetycznych w mózgu? Jedna rada: wierzyć, mocniej wierzyć... (...) Jedno jest pewne: religia utraci bardzo wiele, bo w znacznym stopniu straci swój mistyczny i tajemniczy czar. Można różnie to oceniać, lecz trudno o tym wątpić. Dokładnie tak samo dokonało się odarcie z mistyki uczucia miłości. Mitologia miłości była przyjemną bądź porywającą formą dla naszych popędów i biologiczno-gatunkowej predestynacji prokreacyjnej. Dziś rozebrano wszystko na części pierwsze. Wprawdzie różnie wartościuję obie mitologie, lecz zgadzam się, że w każdym przypadku demitologizacja zmienia istotnie charakter danej sfery ludzkiego życia. Religia traci swój dawny status. Staje się kategorią instrumentalną. Nie rozważamy już jej prawdziwości, lecz funkcjonalność. To jest czy spełnia pozytywne role społeczne, a jeśli tak to jakie i jak je wykorzystać najlepiej?”. Dżalaluddin Rumi odpowiada prosto: „Miłujący Boga nie mają religii, tylko samego Boga”. Miłość rozebrano na części pierwsze. Czyżby? Miłość ludzką może tak... Ale czego człowiek się spodziewa – że jego organizm nie będzie pracował chemicznie? A jak to sobie wyobraża? Przecież jesteśmy istotami tak samo materialnymi, więc nie ma bata. Naukowcy czynią za miłość odpowiedzialne hormony, a może te białka tylko pomagają organizmowi odczuć miłość? Nie one są istotą miłości, to nie one decydują, że jest sobie miłość i już, ale wykonują tylko zlecenie – by człowiek się skapnął, że doświadcza miłości? Nie wiem :566: ...

Padaczkę skroniową niby mieli Dostojewski, święty Paweł, Mahomet, Joanna d'Arc, święta Teresa z Avila, Proust. A jeszcze fajniejszą hipotezę sformułował dr Dean Hamer, genetyk molekularny. Odszukał on jakiś „gen Boży”, VMAT2, odpowiadający za zdolność wiary w Boga. Wg niego gen ten zapewne posiadali Jezus, Mahomet i Budda. Wraca teoria predystynaji... Bo czy ja posiadam taki gen...? Może moje problemy są wynikiem właśnie tego, że w jakimś tam chromosomie nie mam VMAT2? Może zanim się urodziłam zaszedł crossing-over w pachytenie profazy I podczas mejozy, a następnie w anafazie I powędrował akurat do tego bieguna jądra, który po cytokinezie w telofazie I nie będzie po podziale mejotycznym II w gamecie, z której ja powstanę? Albo ten gen tam będzie, tylko że w anafazie II po rozdzieleniu biwalentów dostanę chromosom potomny akurat bez niego? Albo może mam ten gen, ale jest recesywny? Albo już na początku uległ mutacji: tranzycji, transwersji, delecji, insercji czy cokolwiek tam się z nim stało, że jest nieaktywny... A jeśli jakoś nagle stanie się aktywny, to co? Transkrypcja na mRNA, translacja na białko, ale co ma białko do mojej wiary w Boga?? Bez sensu... W wyniku swojej ekspresji uszyje dla mnie białkową wiarę? A ja myślałam, że Pan Bóg kocha bezinteresownie :567: ... Nikt, kto nie ma genu VMAT2 nie ma szans na prawdziwe nawrócenie? Bóg takiego nie chce? „Dobry łotr dobrym łotrem, ale pan nie znał mojego sąsiada! Rozbił rodzinę, łapówkarz, za komuny nakradł jak mało kto, łajdaczył się całymi dniami. I żeby taki człowiek przyjął pod koniec życia kapłana? No coś podobnego. Miłosierdzie Boże ma też jakieś granice” (Marcin Jakimowicz, „Pełne zanurzenie”). No właśnie – co z tymi „ostatnimi robotnikami”? «"Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi» (Mt 20, 13-16).

Pewnie nie mam „modułu religijnego”, pewnie nie mam genu VMAT2. Jestem sobie model wybrakowany. Jak to ostatnio przeczytałam: „produkt kultury chrześcijańskiej”.

„Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy, w zapomnianej przez wszystkich wiosce, troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Maryja mówi, że Rosja zaleje świat swymi błędnymi naukami. Kto uwierzy małym pastuszkom?
Rwana. Nastolatki z Kibeho twierdzą, że widziały samą Matkę Jezusa. Powtarzają ludziom jej słowa: «Przyszłam przygotować drogę mojemu Synowi, ale wy tego nie chcecie zrozumieć. Czas, który wam pozostał, jest już krótki». O tych słowach ludzie przypomną sobie dopiero po straszliwej rzezi. Wracają do słów objawień, kupują książki, kserują orędzia, klękają z różańcami w dłoniach.
Medjugorie (objawienia trwają i jeszcze nie są uznane przez Kościół). Zdumiewająca zbieżność dat: Maryja – zwana po chorwacku Gospą (Panią), ukazała się dzieciom w czerwcu 1981 roku i przedstawiła się: jestem Kralica Mira (Królowa Pokoju). Mówiła, że pokój na Bałkanach jest zagrożony, wzywała do gorącej modlitwy. Wojna wybuchła dokładnie dziesięć lat po pierwszym objawieniu (co do dnia!). Kocioł bałkański zawrzał... W czerwcu 1991 Chorwacja i Słowenia ogłosiły deklarację niepodległości i wystąpiły z federacji Jugosławii. Armia jugosłowiańska zaatakowała Słowenię. Cały świat osłupiał, czytając o Bośni, Srebrenicy, oblężeniu Sarajewa, tysiącach gwałtów, strzałach w tył głowy. (...)” (Marcin Jakimowicz „Pełne zanurzenie”).
Co było powodem objawień? Fale elektromagnetyczne? U paru osób jednocześnie :566: ? A jak religiologia wyjaśni stygmaty?

„(...) Na jej czole pojawiły się krople krwi oraz skaleczenia przypominające rany Chrystusa od korony cierniowej. Na dłoniach i stopach kobiety można było zauważyć wgłębienia w kształcie krzyży, które stopniowo przekształcały się w głębokie rany, wyglądające jak rany przybitego do krzyża Jezusa. Cierpienie Cataliny nasilało się. Wyglądała, jakby była w agonii. Jej córka, przyjaciele, przewodnik duchowy i cała ekipa telewizyjna z wielkim współczuciem towarzyszyli stygmatyczce. Nikt z tych, którzy oglądali to wydarzenie, nie mógł powstrzymać łez. Willesee pobrał próbki krwi płynącej z ran Cataliny. Tuż po godzinie 15 ból minął. Pobraną krew oddano do zbadania. Po porównaniu próbek w laboratorium Hayward w Kalifornii okazało się, że wbrew oczekiwaniom Michaela krew wypływająca z ran stygmatyczki nie jest krwią Chrystusa, lecz należy do Cataliny. Niemniej jednak bardzo sceptyczny na początku dziennikarz sam przyznał, że nie należy doszukiwać się zbyt wielu niezwykłych czynników w czymś, co jest przecież i tak nadzwyczajne.
Następnego dnia Willesee znów odwiedził Catalinę. Był zaskoczony zmianą, jaka w niej zaszła: nie minęła doba od jej dotkliwych cierpień, a kobieta była już wesoła i rozmowna. Po głębokich ranach pozostały tylko blizny. Tuż po pojawieniu się stygmatów Jezus powiedział Catalinie: «Przygotowałem cię na ten dzień, ponieważ musiałem jeszcze raz pokazać światu swoje cierpienie przez kogoś takiego jak ty. Dziękuję».
(...) Bóg oczekuje, iż każde z Jego słów spadnie jak kropla, by pocieszyć ludzkie serca. Na pytanie zaś, jakie grzechy najbardziej obrażają Boga, mistyczka odpowiedziała: «Wszystkie grzechy. Nie ma małej kradzieży czy dużej – jest kradzież. Nie ma małego kłamstwa czy dużego – jest kłamstwo. Ale myślę, że grzechem najbardziej obciążającym człowieka jest arogancja». Na koniec Catalina wyraziła pragnienie, by ludzie pamiętali, że mamy żywego Chrystusa w Eucharystii i że On na nas czeka. «Proszę, nie zapomnijcie, że On cierpi za każdego człowieka»” („Miłujcie się!”, nr 5/2005).

„Dziś rozebrano wszystko na części pierwsze”. Serio? A co powiedzą o takiej Miłości? Jezus poszedł na krzyż pod wpływem wyższego poziomu fenyloetyloaminy i dopaminy? „Ale niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca i że tak czynię, jak mi Ojciec nakazał” (J 14, 31a). Jaką wielką pokorę ma Pan Bóg... Pozwala się człowiekowi badać... Stwórca zgadza się, by Jego stworzenie poznało Go... „Słowo określające Stwórcę jako Jedynego (Ehad) można też przetłumaczyć jako «Sam», «Samotny». To Bóg, który opuszczony krzyczy na krzyżu: «Pragnę»; Stwórca, który staje na rozstajach drogi i bezradnie woła: Tutaj jestem, Izraelu, tutaj jestem” (M. Jakimowicz, „Pełne zanurzenie”). „Przygotowałem cię na ten dzień, ponieważ musiałem jeszcze raz pokazać światu swoje cierpienie przez kogoś takiego jak ty. Dziękuję” – powiedział do boliwijskiej dziewczyny. Sam przychodzi z dowodem, by ludzie w Niego uwierzyli. Naukowcy szukają, a On im pomaga. Ale człowiek i tak nie zdoła Go zrozumieć...

Grażyna - 30-08-07, 22:45

Wiecie co... Ostatnio tak mi się nie chce nic robić :/ ... Nie wyobrażam sobie tego, że zaraz zostanę zmuszona się uczyć i w ogóle... I tak próbuję się czegoś złapać, czymś się zająć, przepraszać się z materiałem zadanym na wakacje... I nic mi nie idzie :sciana: ... Jedyną chęcią, którą dzisiaj miałam, to jak zwykle pogadać z kimś... Ale wszyscy są zajęci i mają swoje, ważniejsze sprawy... No to pomyślałam, że pójdę sobie do Pana Jezusa i z Nim posiedzę. Zresztą dostałam taką pokutę... Ale z drugiej strony od razu myślę, że bez sensu i po co, bo przecież tyle nauki, lektury nie przeczytane, więc może nie dzisiaj... I właściwie to co ja będę tak przed Nim siedzieć i nic, w ogóle niekonstruktywny ten pomysł, nieefektywny, niczego nie zmieniający, nic nie wnoszący – po prostu nieekonomiczne wykorzystanie czasu... No ale o dziwo zebrałam się, żeby „pomarnować” ten czas na adoracji... I do tego ta adoracja była taka pozbawiona jakiejkolwiek kontemplacji – jak zresztą zawsze w moim wydaniu – bez wyrazu w ogóle... Ale jednak... Bo jednak tak jakoś zapragnęłam zostać jeszcze na Mszy, którą coś tak ostatnio zaczęłam chętnie unikać... A dzisiaj w Ewangelii były czytane słowa Jezusa: „w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”. I pomyślałam sobie o tej mojej próbie adoracji... Bo trudno mi uwierzyć, że w tym czasie dokonało się właśnie tak wielkie spotkanie – że nie tyle ja przyszłam do Pana Jezusa, co Pan Jezus przyszedł do mnie... Ja bym wyszła z kościoła i powiedziała, że nie, że to jeszcze nie ta scena – nie ta podniosła chwila mojego życia, w której Żywy Bóg przychodzi do człowieka... Przynajmniej ja się nie domyślam, że tak mogło być. Bo to nie wyglądało... A jeszcze w Pierwszym Czytaniu św. Paweł powiedział: „Gorąco modlimy się we dnie i w nocy, abyśmy mogli dopełnić tego, czego brak waszej wierze. Drogę do was niech utoruje sam Bóg, Ojciec nasz, i Pan nasz Jezus”. I tak sobie myślę, że ci Święci w Niebie, to oni są tacy fajni, bo tak strasznie się o nas starają... I św. Paweł cały czas modli się za nas – więc może też za mnie... Modli się za mnie i prosi Pana Boga, żeby sam Bóg drogę do mnie utorował, czyli – jak podaje słownik języka polskiego – uczynił drogę możliwą do przejścia, przetarł szlak, uczynił go gładkim, zrobił sobie przejście w tłoku :) ... „Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”.
Grażyna - 31-08-07, 14:14

Przypowieść z dzisiejszej Ewangelii jest dla mnie jedną z najbardziej niezrozumiałych przypowieści. Może dlatego, że sama jestem taką panną głupią czy – jak kto woli – nierozsądną... Na pierwszy rzut oka widać – blondynka... Heh... Ostatnio siedzimy sobie ekipą w lodziarni... Uszaty naprzeciwko mnie gapił się w dal gdzieś za moje plecy i tak po prostu powiedział: „Żółwie Ninja wchodzą”. A ja luk za siebie, ale żadnych żółwi nie widać... Wszyscy zebrani dusili się ze śmiechu, bo Uszaty mówi, że film „Żółwie Ninja” wchodzi na ekrany kin :lol: , a ja w ścianie za sobą szukam gada... Siara :/ ... :hahaha: . No więc jestem mało rozgarnięta. I nie rozumiem tej przypowieści. Podejdę do kogoś roztropnego i poproszę: „Cześć, Animator, pożycz mi oliwy...”, a mądry Animator, który ma dużo oleju w głowie, odpowie: „Weź idź se kup!”. Takie mało wspólnotowe... Gdzie ten brak przywiązania do rzeczy materialnych i zaufanie, że oliwa się nie skończy? Gdzie wiara wspólnoty – podobna do tej, którą miała ta czwórka przynosząca Jezusowi paralityka? Ale tu chyba nie chodzi o jakąś tam oliwę... Ale może o takie desperackie pragnienie wejścia do Królestwa Niebieskiego... „A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” (Mt 11,12)... „Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją” (Mt 13, 44-46). No więc panny roztropne mają pragnienie spotkania się z Oblubieńcem, tylko On jest dla nich ważny. A ja bardzo często mam tak, że mi się nie chce żyć – tak w ogóle... Chętnie bym zabrała swoje zabawki i wycofała się z całym swoim ja... Żeby mieć spokój... Rozpłynąć się w nicości... To dla mnie taka atrakcyjna oferta... I miewam takie głupie pragnienia, żeby już nie istnieć – ani moje ciało, ani dusza, bo tak byłoby łatwiej, bezproblemowo. Po co w ogóle Pan Bóg mnie stworzył... Nie zapytał mnie o zdanie... Czemu po prostu nie wciśnie reset i będzie po sprawie... No i tak myśli panna nieroztropna :sciana: ... Tak łatwo rezygnuję z Nieba... I po mojej śmierci, gdy usłyszę pytanie od Pana Boga: „Co chcesz, abym ci uczynił” – co ja odpowiem??? Przecież On będzie wiedział, nie będę mogła ściemniać, bo zna pragnienia mojego serca. Czy największym moim pragnieniem będzie to, aby przebywać z Oblubieńcem już na całą wieczność??? Czy może odpowiem: „Wiesz, Panie Boże, bo ja bym tak chciała nie istnieć...”... I co na to Pan Bóg, który chce uszanować moją wolną wolę? Może powie mi stare ruskie przysłowie: „Nie chcesz, nie trzeba. Zechcesz, nie będzie”... Nie chce do Nieba, to nara... Moje serce przez całe życie nie zostało przygotowane... „Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto”.
Bo ja głupia jestem. To wszystko przez moje lenistwo... Bo wiem, że życie jest trudne... No i nie wiem tak w ogóle, gdzie jest moje miejsce. Skoro Pan Bóg mnie stworzył, to ma jakiś plan. Może jestem sobie po prostu tylko takie ogniwo przejściowe – może dopiero moje dzieci będą miały jakieś konkretne powołanie... Ostatnio usłyszałam, że nie jesteśmy powołani do unikania cierpienia, ale do miłości. Bo faktycznie te wszystkie trudności przerażają i skutecznie mnie zniechęcają do życia. A tu nie tędy droga, nie takie patrzenie ma być, bo nie mam zaprzątać sobie głowę tym, jak unikać niefajnych rzeczy, ale – jak swoim życiem mogę pokazywać światu miłość :D ...

„O, mój Boże! Proszę Cię dla siebie i dla wszystkich mi drogich o łaskę doskonałego spełnienia Twojej świętej woli i przyjmowania dla Twej miłości wszystkich radości i cierpień życia doczesnego, abyśmy mogli złączyć się kiedyś w niebie na całą wieczność. Amen.” (św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

Grażyna - 01-09-07, 21:53

Tak sobie myślę... Pan Bóg chyba lubi konkrety. Mamy mówić tak albo nie, mamy być zimni albo gorący, nie można służyć zarazem Bogu i mamonie... A dzisiejsza Ewangelia jest strasznie radykalna... „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”... Nie jak w komunizmie, że każdemu się należy po równo... I zaraz przychodzi mi do głowy taka śmieszna myśl, że ta polityka Pana Boga chyba jest taka mało sprawiedliwa... A w dzisiejszym psalmie śpiewamy: „On będzie sądził świat sprawiedliwie i według słuszności – narody”. W ogóle psalm mówi, że mamy się radować „przed obliczem Pana, bo nadchodzi, bo nadchodzi sądzić ziemię”... Gdybym miała teraz stanąć na sądzie przed Panem Bogiem, to czułabym raczej ogromny lęk, a nie radość... W Ewangelii sługa nieużyteczny mówi: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: żniesz tam, gdzie nie posiałeś, i zbierasz tam, gdzie nie rozsypałeś. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi”... W rachunku sumienia jest takie pytanie: „Czy starałeś się w stosunkach z Bogiem wychodzić z religii lęku (...) ku bezinteresownej miłości?” – zawsze jak to czytałam, zastanawiało mnie, czemu właściwie lęk przed Panem Bogiem jest aż grzechem... W przypowieści czytamy o człowieku, który pozwala sługom rozporządzać jego majątkiem. A po jakimś czasie rozlicza. Jakbym dostała 34,272 kg złota – czyli jeden talent – i miała świadomość, że właściciel się o to upomni, no to bym się bała to ruszyć... A ta dzisiejsza Ewangelia jest dla mnie taką zachętą, żebym właśnie przyjęła to, czym Bóg mnie wyposaża i zaszalała z tym na giełdzie... No i wiadomo, że na niej nie zawsze jest hossa... Ale warto chyba ryzykować. Bo na tej giełdzie życia duchowego maklerem jest Pan Bóg. A więc fajnie by było, gdybym się w to zaangażowała... Tylko o jakie zaangażowanie chodzi...? Biskup Siemieniewski przekazał nam taką myśl, że wspólnota „to jest rodzaj bramy, przez którą się wchodzi do zaangażowania. (...) młodzież znalazła bramę, znalazła to wejście do Kościoła. Znalazła bramę i teraz wie, co to znaczy być chrześcijaninem do Kościoła zaproszonym. (...) Do wielkiego projektu, który nazywa się budowanie domu. (...) Wielki projekt życiowy. Wielka wizja tego, do czego moje życie ma służyć. (...) Obecność i zaangażowanie we Wspólnocie Ichtis to jest zaangażowanie do budowania Kościoła. Do kładzenia swoich cegiełek.”. I chyba wszyscy jesteśmy tu zaproszeni, aby inwestować ten kapitał właśnie tutaj. I tak sobie myślę, że zakopaniem tego talentu jest decyzja niewchodzenia do tej „spółki”. Albo wycofania „swoich” akcji. „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”... Takie trochę kiepskie porównanie: bo tak chyba jest na giełdzie (ale w sumie nie wiem, bo w ogóle się na tym nie znam...) – bo jeśli jakiś fundusz inwestycyjny się nie sprawdza, to inwestorzy sprzedają jego akcje i wtedy wykupują inne, które uważają za bardziej pewne, zwiększając ich wartość, bo popyt na te papiery wartościowe rośnie... A tamten bankrutuje... Jakoś tak ;p . Dlatego ważne jest, żeby wciąż z tych otrzymanych talentów korzystać i pomnażać je, nie? A nie żeby rezygnować. No i ten pan chwali swoje sługi za ich wierność. Wiem, że to już przesada z tym porównywaniem, bo w tamtych czasach nie grało się akcjami, no ale wyobrażam sobie tych facetów jak śledzą te notowania, że tu spada i spada, i spada, tu lekko rośnie, ale już spada :wow: – no i można nerwicy dostać, zawału i jeszcze do tego osiwieć... Nie wspomnę już o sraczce i rozstroju żołądka ;D ... Ale są wierni i cierpliwi. Jak pouczał nas biskup: „Pan Bóg odmienia strumienie na południu, ale dowiedzą się o tym tylko ci, którzy wiernie w tym samym miejscu przy korycie na razie pustym trwają. Jeśli ktoś porzuci i odejdzie, to co z tego, że spadnie deszcz? – kiedy nie będzie tam, gdzie Pan Bóg swoją wodę znowu rozlał, nie będzie tam, gdzie Pan Bóg znowu strumień wodą napełnił. Jeśli ktoś chce doświadczać strumieni, Bożej obecności, Bożego ożywienia, musi być wierny”. No i jeszcze zadziwia mnie odwaga tych dwóch sług, że oni tak zdobyli się właśnie nie na zamrażanie tych pieniędzy, ale zrobili konkretne i odważne kroki. I dostali pochwałę. A ten, który trwał w strachu przed panem został pojechany. I to też taki pojazd dla mnie, że mam się starać „w stosunkach z Bogiem wychodzić z religii lęku (...) ku bezinteresownej miłości”, i – zachęcona przez psalmistę – radować się, że Pan nadchodzi, że będzie sądzić. Też św. Paweł mówi o radości: „Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On to uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów”. Mam się radować. A nie bać...
:509:

Grażyna - 02-09-07, 16:36

W dzisiejszych czytaniach mowa jest o pokorze... Pokora - takie trudne słowo... Słownik języka polskiego definiuje ją jako „stan psychiczny polegający na odczuwaniu własnej małości, niższości; uniżona postawa wobec kogoś, czegoś; brak buntu wobec przeciwności; potulność, uległość, uniżoność”. Słyszałam też inną definicję pokory, uzupełniającą poprzednią, że to po prostu przyjęcie prawdy o sobie... W jednej z konferencji ks. Piotr Pawlukiewcz powiedział: „My, kiedy słyszymy, że Bóg mówi: stworzyłem was dla swojej chwały, żebyście mnie wielbili (...), to my mówimy: oj, nieładnie, Panie Boże, nieładnie... My byśmy chcieli, żeby Bóg powiedział nam to samo: no wiecie, jestem Bóg, taki... heh... byle jaki taki... taki jestem Bóg do niczego trochę, prawda? A Bóg mówi prawdę: Jestem wielki, piękny, wspaniały, jedyny sens życia, jestem Wieczność, jestem Absolut, jestem czymś niewypowiedzianie pięknym – ja taki jestem i ja się sam za to kocham”. Pokora prawdziwa, bez cienia ludzkiej, fałszywej skromności. Dzisiaj mądry Syrach mówi: „O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj”. No i Pan Bóg właśnie to zrobił... Pokora Sługi Jahwe... Szkoda, że w życiu nie jest jak na biologii, że nauczę się definicji pokory i powiem, że umiem pokorę. Nie umiem... Jak mogę się jej nauczyć? Jakimowicz podpowiada prosto: „Wspólnota. Przez to, że jest tak mała i słaba, że wielu osobom (nie wyłączając mnie) nie chce się często na nią przychodzić, nie muszę już udawać pokornego. Bo przed kim? Przed Jolą, Tomkiem, Alą, Szymonem, Grzesiem, którzy znają mnie od lat na wylot? I do tego stopnia, że gdyby nie przebaczenie, które Bóg wlewa w ich serca, pewnie już dawno omijaliby mnie szerokim łukiem? A nawet, jeśli ich oszukam, pozostaje jeszcze Ktoś. A On w końcu pokazuje mi prawdę. Już wiele razy zatykałem z przerażenia uszy, nie mogąc dopuścić do siebie myśli, że mogłem aż tak nisko upaść... (...) Na diakonii nie musimy udawać pobożnych. Jak to, szpanować w czasie odmawiania różańca? Paść przed zagubioną garstką ludzi na kolana? Pobożnie złożyć ręce, przybrać natchniony wyraz twarzy? Powoli celebrować modlitwę, z namaszczeniem sącząc słowa? Kogo nabiorę? Święty różaniec. W nim wszyscy jesteśmy równi. Święta wspólnota. Święta małość, nikłość, znikomość”. Prawda :) ... Pamiętam pytanie br. Łukasza na konferencji w Wiśle: kto z nas chciałby usłyszeć słowa proroka? Wtedy zdecydowanie podniosłam rękę :jupi: ... Chcę wreszcie poznać prawdę, co kryje się w moim sercu. Dokładnie tego samego dnia ktoś powiedział mi prawdę w twarz... Oj, bolało :placze: ... Następnego dnia ta osoba zapytała się mnie, czemu nie przyjęłam tych słów z pokorą... A mnie się łyso zrobiło... I pomyślałam sobie, że jak to? Przyjęłam przecież. Bo nie buntowałam się przeciw tym słowom i nie przeczyłam, bo usłyszałam całkowitą rację :567: ! Ale przyznaję, że ta racja mnie rozbroiła... Bo ja ją znałam, tylko że nie przypuszczałam, że ktoś ją widzi, że to widać :wow: ... I przez to strasznie się na siebie wkurzyłam i nie potrafiłam sobie tego wybaczyć, i tak zawzięcie się wpieniłam na samą siebie :zly: !!! I jeszcze w ogóle to dziwne dla mnie pytanie – dlaczego nie przyjęłam jej z pokorą... Teraz już wiem: pokora – przyjęcie prawdy o sobie... „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”... Wiecie co... Mam do Was ogromną prośbę. Weźcie mnie oskubujcie z tych piórek, w które wciąż obrastam :/ ... Nawet, jeśli ma boleć :wpale: . Wspólnota to fajna sprawa :* .
kisieL - 02-09-07, 22:42

4 dni nawróceń... bardzo ładna statystyka :)
Robertos - 03-09-07, 00:27

ja pitolę Grażynka. Myślałaś o założeniu bloga? Normalnie czytam i w połowie wymiękam bo już nie mogę dłużej. Weź napisz książkę jakąś. To ja będę ją do poduchy czytał, ale tak na ekranie to się nie da tyle. ;D
Grażyna - 04-09-07, 19:03

Dziękuję... Po prostu chciałabym, żebyśmy się częściej dzielili naszymi przemyśleniami... Bo to ogromnie pomaga – przynajmniej mnie... No i że ja wiem, że nie mamy czasu na pisanie postów, też na czytanie czasem nam brakuje... A jeszcze rok szkolny się zaczął :/ ... Eh... Równo za osiem miesięcy matura :wow: !!! Masakra... Dla mnie to oznacza, że teraz mam się ograniczać we wszystkim prócz nauki... I boję się, że będę musiała się zrywać ze spotkań, nie chodzić na grupki, nie uczestniczyć w niedzielnych próbach, w tym roku nie śpiewać na Triduum, w ogóle w nic nie wchodzić... Nie ma mowy o blogu, bo nawet bym nie umiała tego zrobić, a co dopiero prowadzić. Ale dziękuję, zaskoczyłeś mnie. Eh... Zostają tylko te odpychające mnie na kilometr podręczniki i zeszyty... Normalnie perspektywa tego rozpoczętego już roku jest koszmarna... Kurczę, wczoraj coś forum nie działało i nie mogłam napisać tego posta... Bo w ogóle chciałam coś powiedzieć odnośnie wczorajszej Ewangelii. Bo wczoraj się rok szkolny zaczął, a wczoraj też mogliśmy usłyszeć: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym (...) OBWOŁYWAŁ ROK ŁASKI OD PANA”! Jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa :wow: ... Ale... Panie Boże, ale ja mam w tym roku maturę :placze: ... A może nie będzie aż tak źle :) ...? Może z pomocą Pana Boga – Jego łaski – uda mi się to przeżyć... :) ?

No i we wczorajszej Ewangelii Jezus powiedział też, że „wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”. Tak fajne tę historię Naamana przybliżył ks. Pawlukiewicz – w ogóle jak słucham jego konferencji czy audycji, to prawie się nawracam. I polecam: http://www.rekol.prv.pl/ - warto posłuchać :one: . A niżej zamieszczam fragment z rekolekcji, które wygłosił w 2004 r. No wiem, że dużo tego tekstu jest, ale mnie osobiście bardzo dużo dał do myślenia i naprawdę zachęcam :D .

„Naaman, wódz wojska króla syryjskiego, był trędowaty. Słowem „trąd” określa się w Starym Testamencie wszelkie choroby skóry. Ale najczęściej to była ta forma łuszczenia się skóry, taki człowiek był cały biały, połuszczone dłonie, połuszczona twarz. Choroby te były zaraźliwe, są zaraźliwe, dlatego los chorych na trąd, no, był taki biedny. Oni byli wyłączeni ze wspólnoty, musieli chodzić w podartym ubraniu, żeby z daleka było widać, że to jest trędowaty, żeby się ludzie nie zbliżali do niego. Kobiety trędowate miały rozpuszczone włosy. I jak chodzili, to jeszcze prawo im nakazywało krzyczeć: „nieczysty, nieczysty” ,żeby ludzie z daleka widzieli – o, uwaga, idzie trędowaty. Niesamowite upokorzenie. Brzydcy, wystawieni na publiczne upokorzenie, przyznanie się, że jestem trędowaty. (...) Tylko że Naamana sytuacja była zapewne inna – on oczywiście nie chodził w podartych szatach, on oczywiście nie był wyrzucony poza społeczność, na pewno mieszkał w pałacu, tylko miał oddzielną swoją celę, tam mu na pewno podawali te posiłki na jakimś – nie wiem – kiju, drągu, bo nikt się nie chciał do niego zbliżać, no chyba że sługom kazali się do niego zbliżyć ryzykując zachorowanie tych sług. Naamana sytuacja jako wielkiego urzędnika była inna, ale Naaman był chory na trąd i wszystkie te konsekwencje swojej nawet fizycznej brzydoty przeżywał. I Naaman usłyszał, że w Izraelu – bo Naaman był Syryjczykiem – że w Izraelu jest prorok, który leczy trąd, który uzdrawia z trądu. I Naaman idzie się uzdrowić. Idzie... Mało powiedziane, idzie. Kochani, Pismo Święte – a w Piśmie Świętym nie ma ani jednego słowa zbędnego, wszystko jest potrzebne w Piśmie Świętym – jest napisane, jak wyglądał ten jego marsz. „Wyruszył więc zabierając ze sobą dziesięć tysięcy talentów srebra...”. (...) Sześćset sześć ton srebra wiózł Naaman do lekarza. Wyobrażacie sobie, ile to wołów? Ile to wozów musiało jechać? To cała karawana srebra. Zabrał jeszcze „... sześć tysięcy syklów złota...”. (...) Sto kilogramów złota zabrał do lekarza. I co jeszcze podaje Pismo Święte? (...) „... dziesięć ubrań zamiennych”. Naaman koniecznie chciał ukryć swoją chorobę. Piękne to na pewno były stroje. Dziesięć, bo musiał się często przebierać. Miał chorą skórę. Musieli mu te ubrania prać, czyścić, zakładał ciągle nowe. Na pewno miał rękawiczki wspaniałe, na pewno miał długie rękawy, na pewno miał coś na głowie, na pewno może miał twarz jakimś welonem zakrytą – no wyglądał majestatycznie, cała choroba była ukryta. I te 600 ton srebra, 100 kilo złota i jedzie do lekarza. O czym to wszystko świadczy? Kochani, on chce być uzdrowiony jak pan. On przyjedzie do uzdrowiciela, jak mu rzuci te setki kilogramów srebra... jak mu rzuci te sto kilogramów złota... to wszyscy padną na twarz przed Naamanem. I uzdrowiciel też padnie na twarz przed Naamanem. On będzie panem tego uzdrowienia, on będzie bohaterem tego uzdrowienia, on zapłaci dziesięciokrotnie, pięćdziesięciokrotnie, stokrotnie zapłaci za uzdrowienie. To nie to, że przyszedł biedaczyna do lekarza i prosi: panie doktorze, niech mnie pan uleczy. Nie. Ja tak zapłacę – to będzie wielkie przedstawienie: moje uzdrowienie, ja będę bohaterem tego uzdrowienia. I oczywiście zakrywam swoją chorobę. Wielu ludzi widząc ten cały orszak Naamana w ogóle nie wiedzieli, że to chory jedzie. Władca, król potężny z całym majestatem. No i, kochani, przybywa ów chory, przeświadczony, że za chwile będą się działy niezwykłe rzeczy – niezwykłe będzie uzdrowienie i niezwykła będzie zapłata. Przybywa do Elizeusza i – zwróćcie uwagę – „Przyjechał więc Naaman swoimi końmi i powozem”. Proszę zwrócić uwagę, podkreślam: zajechał Naaman przed dom Elizeusza i stanął przed drzwiami... A Elizeusz zaś kazał mu – uwaga – przez posłańca: „Idź i obmyj się siedem razy w Jordanie”. Proszę państwa, czy wyobrażacie sobie tą sytuację? Jedziecie z Gdańska do Wrocławia do słynnego zakonnika, wielkiego teologa po poradę, bo wam się, nie wiem, małżeństwo sypie. Jedziecie pociągiem sześć godzin, na dworcu wsiadacie w taksówkę, znajdujecie klasztor, dzwonicie domofonem: „Ja do ojca profesora takiego i takiego”. „W jakiej sprawie?” „No, w sprawie kłopotów małżeńskich”. Za chwilę przychodzi kościelny: „Ojciec profesor powiedział, żeby pani wracała do domu, odmówiła różaniec i przeprosiła męża”. Przepraszam, czy państwo sobie to wyobrażacie? Nie no, przecież to jest skandal! Przepraszam bardzo, to jest chamstwo do kwadratu! Ja jadę do Wrocławia, a on mi kościelnego przysyła i różaniec każe odmówić i przeprosić męża. Proszę państwa, my się uśmiechamy. Ale państwo i ja wróciliby od tych drzwi po prostu obrażeni, zgorszeni i powiedzieli: ja mam w nosie ten Kościół Katolicki! I co? Rozgniewany Naaman odszedł – tak, tak jak my byśmy zrobili. I mówi: „Przecież myślałem: na pewno wyjdzie, stanie, wezwie imienia Boga swego, Pan poruszy ręką nad miejscem chorym i odejmie trąd”... I my też byśmy powiedzieli: przecież myślałem, przyjadę do ojca profesora, posadzi mnie w fotelu, zrobi kawę, ja mu opowiem historię mojego dramatu, wyjmie książkę psychologiczną, otworzy Biblię, zaleci mi tydzień medytacji na pustelni i wizytę u znanego psychologa, odkryje mi tajemnice mojego życia – a on mówi: różaniec i z powrotem do domu, i to przez kościelnego... To samo Naaman powiedział. Bo wiecie, co było w tej całej historii? Nie trąd był problemem Naamana. Właśnie nie trąd, a pycha... I Elizeusz, jako prorok Boży, od razu wiedział, co grozi Naamanowi naprawdę. Nie trąd, nie choroba skóry. Jego problemem była pycha i Elizeusz stosuje wielką kurację przeciwko pysze Naamana... Upokarza go niesamowicie. Wszyscy słudzy, woźnice, wszyscy stoją i patrzą no gdzie to uzdrowienie? No sześćset ton srebra żeśmy wieźli, no gdzie to uzdrowienie??? A Naaman mówi: wracamy z powrotem... Wszyscy mówią: Boże, co tu się dzieje?! Tyle kilometrów żeśmy jechali, a on każe wracać? I wtedy podchodzi pewien sługa i mówi: Ojcze, zastanów się... Zrób to, co ci każe prorok... Zrób to, co ci każe prorok – gdyby ci kazał zrobić coś wielkiego, gdyby ci kazał siedzieć miesiąc na górze gdzieś, to byś siedział, a on ci się kazał siedem razy obmyć w wodzie... I Naaman zwycięża swoją pychę... I mówi: dobrze. No i zaczyna się. Miał być wielki teatr uzdrowienia, a zaczyna się cyrk, proszę państwa. Siedem razi włazi do wody i wychodzi. No ja zawszę mówię o tym naszym kochanym Panu Jezusie, który jak był chrzest w Jordanie, to raz wszedł do wody, wyszedł i śmiesznie wyglądał, bo jeśli ktoś z państwa był kiedyś wrzucony w ubraniu do wody, to wie, jak to się wygląda po wyjściu z wody w ubraniu – a prorok Elizeusz kazał mu tak sześć razy. I siedzieli słudzy na wozach i mówili: Raz. Dobra. Wyłaź. Z powrotem do wody – dwa. Wyłaź. Ile? Sześć! Nie, pięć! Sześć było! No to jeszcze raz do wody!... Królu... Wódz... Wielki miał majestat... We wspaniałych szatach... I do wody. I z wody. Widzieliśmy to nieraz na filmach, prawda? Jak pułkownik Wołodyjowski swoich zbuntowanych żołnierzy: padnij! Powstań! Padnij w błoto! Powstań! I pokory ich uczył. I tu Bóg uczy pokory Naamana – do wody i z wody... (...) Naaman chciał zapłacić za to uzdrowienie. Elizeusz mówi: nic od ciebie nie wezmę. I nie bierze. (...) Elizeusz nie chciał od Naamana żadnych pieniędzy. I to jeszcze było dokończenie lekcji upokarzania. Kochani, jak my często nie chcemy coś dostawać za darmo... Wiecie, dużo jest miłości w tym, że się komuś coś daje, ale dużo miłości trzeba mieć do kogoś, żeby cos za darmo przyjąć. My nie lubimy za darmo coś nieraz przyjmować, nie lubimy, jak ktoś nam coś daje z łaski. Chcemy się często od razu zrewanżować, bo jak człowiek coś dostaje za darmo, to jest taki bezradny. Taka jednostronność obdarowania jest. (...) Bóg chce nam coś dać za darmo! Wiecie, w naszej dzisiejszej cywilizacji, w naszej kulturze to my po prostu nie rozumiemy tych słów – co to znaczy, proszę księdza, za darmo? Jeśli ktoś stoi na Placu Zamkowym i rozdaje kartki, to wiemy, że nie rozdaje banknotów studolarowych, tylko rozdaje reklamówki, jakieś papiery bezsensowne. Coś, co jest warte, kosztuje. Izabela Trojanowska śpiewała kiedyś: „Za darmo nie ma nic”. I dlatego, kiedy przychodzi Bóg i mówi: „Ja chcę ci dać za darmo”, to mówimy: „Panie Boże, nie żartuj, no coś przecież chcesz – ile przykazań mam zrobić, ile postów, ile wyrzeczeń?” „Nic nie chcę”. „No to znaczy, że to, co dajesz, jest bezwartościowe”. „Nie, to jest zbawienie wieczne – twoje, twojego męża, twoich dzieci”. „No to Boże bez żartów. Ile za to?” „Nic za to! Za darmo. Tylko weź całym sercem. Jedz ze smakiem. Niech ci się uszy trzęsą”. Tylko człowiek bezradny, głodny, tylko człowiek łapczywy dostaje Boży dar. Za co? Za bezradność, za łapczywość, za Bożą chciwość. Dostaniesz. (...) „Radzę ci kupić złota u Mnie”. Kto to mówi? Ten Jezus na krzyżu. Nic nie ma... Jezus nagi na krzyżu. (...) Ten Jezus mówi do ciebie teraz. Ten wrak Człowieka. Chce cię kupić. „Za co, Jezu?” „Za nic. Ja nic nie mam...”. Jezus stał się Dzieckiem, Jezus do Golgoty nic nie miał i chce z tobą – no właśnie – nie handlować. Dać za darmo. (...) „Co ja z tego będę miał?” „Nic. Niebo”. „Panie Jezu, a jakie to niebo?” „Nic ci nie mogę powiedzieć”. „A jak to będzie wyglądać?” „ A no dostaniesz taki sam krzyż jak Ja. Chcesz? Za darmo... Radzę ci kupić złota u Mnie”. Wtedy Bóg dokona uzdrowienia, jak uzdrowił Naamana i wielu innych. Stańmy przed Nim nadzy (...), zrzućmy z siebie śmieszne szaty króla. A staniemy się Bożymi bogaczami”.

******************************************************************

To jeszcze coś napiszę. Bo tak sobie pomyślałam... Bo ci Żydzi nie spodziewali się, że słuchają właśnie Tego, na którego czekają... Jak br. Łukasz powiedział w Boże Ciało: „Nie poznali Go, bo Go znali”... Tak długo czekają, więc czemu właściwie już teraz? I czemu to ma być On? No i nie raz przekonywaliśmy się, że działanie Pana Boga zawsze zaskakuje i przerasta nasze oczekiwania. Tak jak zaskoczyło Naamana: „Przecież myślałem sobie: Na pewno wyjdzie, stanie, następnie wezwie imienia Pana, Boga swego, poruszywszy ręką nad miejscem [chorym] i odejmie trąd. Czyż Abana i Parpar, rzeki Damaszku, nie są lepsze od wszystkich wód Izraela? Czyż nie mogłem się w nich wykąpać i być oczyszczonym?”. Zaskoczyło Żydów w synagodze: „A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: «Czy nie jest to syn Józefa?»” – zaskoczeni, że (przepraszam za określenie) ich Ziom z ich dzielni, którego znają od dziecka, jest właśnie tym wyczekiwanym przez nich i przez wszystkie przeszłe pokolenia Mesjaszem... Też pewnie, jak Naaman, spodziewali się wielkiego show: Mesjasz – potężny Władca, rozgromi ciemięzców, przywróci potęgę Izraela itp. A tu – ich Jezus, cieśla... Zamiast miecza ma młotek i drewniane deski... Przypomina mi się scena, jak Fiona krzyknęła, gdy Shrek (pozdrawiam :607: ) zdjął rycerską przyłbicę: „Nie! To wszystko nie tak miało być!” :sciana: ... „Aa, ty się księcia z bajki spodziewałaś?”. Spodziewajmy się „Powrotu Króla” :) . Jak we wczorajszym czytaniu, gdzie uczniowie oczekiwali przyjścia Chrystusa w każdej chwili: „Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem. Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami”. No właśnie. Św. Paweł mówi, że mamy się pocieszać tym, co nastąpi na końcu czasów... A ja jak czytam Apokalipsę, to po prostu drżę... Te enigmatyczne wizje, opisy, postacie... Nasi poloniści się zachwycają, każąc nam analizować wszystkie środki poetyckie zawarte w jej tekście, roztrzaskać każde zdanie... Dzieło literackie... Ale te polonistyczne „tropy stylistyczne” nie są dla mnie tropem, który nakierowje mnie, jak mam właściwie odczytywać znaki czasu... A przecież Apokalipsa to Księga też o naszych czasach – niektóre proroctwa chyba już się wypełniły, nie? A czy gdyby akurat teraz wypełniało się któreś z nich, to czy potrafiłabym konkretnie wskazać, że to właśnie ten rozdział, ten i ten werset? Na pewno nie... Pan Bóg chyba lubi zadawać zagadki... Ciekawa jestem, jak bardzo pomylił się Miłosz pisząc w „Piosence o końcu świata”:
„A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie”.

:?:

prałat - 04-09-07, 23:20

Grażinn napisał/a:
Dla mnie to oznacza, że teraz mam się ograniczać we wszystkim prócz nauki... I boję się, że będę musiała się zrywać ze spotkań, nie chodzić na grupki, nie uczestniczyć w niedzielnych próbach, w tym roku nie śpiewać na Triduum, w ogóle w nic nie wchodzić...



eeeee. nikt się do matury nie uczy a wszyscy ją zdają...

Grażynka głowa do góry!! Jezus jest panem czasu. i jeśli powołuje Cię do swoich dzieł to się zatroszczy o to, żebyś miała na nie czas. Nie bój się!!

kisieL - 05-09-07, 01:42

Ja jak byłem w maturalnej to wchodziłem we wszystko ;p (ale to brzmi :D :D ) i mimo to bez problemu dałem radę :) Także bądź dobrej myśli i nie łam się i matura to bzdura ;)
Grażyna - 07-09-07, 20:34

„Czy możecie gości weselnych nakłonić do postu, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, i wtedy, w owe dni, będą pościli” – dzisiejsza Ewangelia.
„Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...” – a to fragment wiersza L. Staffa na dzisiejszym polskim.
Zamiast uważać na lekcji, to sobie myślałam nad tymi fragmentami. Bo, kurczę, od pewnego czasu zaczynam się zachowywać jak jakiś młodopolska dekadentka... Wciąż pesymizm, rozkład, beznadzieja... Czuję się jak dalej w tym wierszu powiedziane:
„Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem (...)”
A dzisiejsza Ewangelia i psalm są taką zachętą do wyjścia z tej melancholijnej pułapki... „Służcie Panu z weselem! Wśród okrzyków radości stawajcie przed Nim!”. I że dopóki Pan Młody jest, nie czas to na smutek. „W Izraelu było tak, że młody pan przychodził na zaręczyny czy na tą uroczystość pod baldachimem i kiedy goście się już zebrali, to młoda pani miała zatańczyć, pokazać swoje wdzięki. I zobaczcie, to samo jest z nami. Jezus przychodzi i mówi: zatańcz dla Mnie, przetańcz swoje życie najpiękniej jak możesz. Oblubienica miała tańczyć i pokazać siebie z jak najlepszej strony. I można powiedzieć, że tak jak to jest w tej piosence Maryli Rodowicz: «Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale! Niech żyje bal, drugi raz nie zaproszą nas wcale» - my mamy tańczyć dla Pana Boga. Zatańcz, zatańcz miła ma, niechaj w tańcu cię zobaczę. Zatańcz, zatańcz miła ma, «jakże piękne są twe stopy w sandałach»” – mówił br. R. Szymkowiak...
„Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło, / Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno”... Pan Bóg zachęca: no Grażynka, tańcz, tańcz :) !, a ja na to, że o nieee, że ja nigdy, że jestem kompletne beztalencie i w ogóle :/ ... Nie do zabawy mi... I z tego wesela robię stypę: „Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny... / Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny... / Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...”. I smutek. Jak w tym dowcipie o babie, która przychodzi do lekarza i skarży się, że nic ją nie cieszy, wciąż jest przygnębiona i w ogóle, a ten jej na to, że jest przecież chrześcijanką, powinna więc radować się tym, że Jezus zmartwychwstał :) ! „No tak... Zmartwychwstał... Ale kiedy to było...”...

http://www.godtube.com/vi...63418003b47d7d5 ;D

Grażyna - 08-09-07, 22:12

Dzisiaj są urodziny Matki Bożej :) .
Jak byłam ostatnio na Mszy u franciszkanów, na kazaniu usłyszałam: „O Jasnej Górze śpiewamy: «Jest zakątek na tej ziemi...». I my też mamy taki swój zakątek. Tam [kapłan pokazuje ręką na kaplicę Matki Bożej Łaskawej]. Tam jest Mama :) ”. Jak usłyszałam te ciepłe i serdeczne słowa, to aż się uśmiechnęłam :D (spoko, jeszcze pamiętam, jak to się robi ;D ). Po prostu: Mama... I dalej zachęcał nas, żebyśmy przychodzili do Niej i przedstawiali Jej nasze problemy. Ona przedstawia je swojemu Synowi. „Nie mają już wina”. I staje się cud. Jezus przemienia zwykłą wodę w wino – i to w wino najlepsze, a nie w jakiegoś sikacza. Bo jak już Pan Bóg czyni cud, to czyni wielką rzecz, a nie taką sobie drobnostkę tylko... Prawie się nawróciłam na tym kazaniu :] ...
Zastanawiałam się niedawno nad tym stwierdzeniem, że imiona oznaczają tożsamość (moje imię i ja jesteśmy kontrargumentem dla tej teorii :] )... Jakimowicz w swoich książkach często wspomina, że imię Miriam tłumaczy się jako Kropelka... I myślałam nad tym, jak mam to rozumieć... Przypomina mi się ta reklama: jakiś Indianin krzyczy: „Czarownik, czarownik! Zepsuć mi się pokrętło od radia!”, a na to czarownik: „Nie mieć problemu! Ja mieć Kropelka!” ;D . Kropelka pomoże, jeśli coś się zepsuje w naszym życiu :) ... „Co Kropelka sklei, sklei, żadna siła nie rozklei!” – jakoś tak to leciało, nie ;) ? A więc o to, co zostało powierzone Maryi, już możemy być spokojni. Mówi się: „kropla drąży skałę” – nawet jeśli przygniata nas jakiś grzech, taka betonowa góra, to ten ciężar i twardość wcale nie jest dla Niej przeszkodą, by uwalniać, wydobywać nas... Proces powolnego wietrzenia wodnego lub nagła erozja rzeczna czy krasowienie – i już po skale ;D . Cała góra ustępuje. „Maryja wykonuje pracę kolosa, przenosi góry” – mówiła o wierze Maryi WMU. Jest też takie fajne powiedzenie: „być podobnym jak dwie krople wody”. To mi przypomina wizerunek Maryi przedstawiony na Krzyżu San Damiano – ten sam wzrost, te same rysy twarzy co inni świadkowie – gdyby nie podpis, to trudno by było odróżnić Ją od Marii Magdaleny czy Marii, matki Jakuba. Chyba że tylko po barwach szaty: biel – czystość, purpura – męka, niebieski – natura ludzka. Twórca ikony podkreślił, że Maryja pozostała i jest człowiekiem. „Wydawać by się mogło, że [Maryja jest osobą] uprzywilejowaną, ale nie jest to odpowiednie słowo. Przywilej wyróżnia osobę, pozwala zająć wyższe rangą miejsce. A Maryja wcale nie zamierza się wywyższać, jest daleka od bronienia własnych praw czy swojej prywatności – całkowicie poświęciła się woli Bożej. Dlatego krzywdę wyrządzili Jej ci teologowie, którzy przystroili Ją wszystkimi możliwymi przywilejami, przez co stała się kimś nieskończenie wzniosłym, odległym człowiekowi” (tytułu i autora książki nie pamiętam...). WMU zauważa, że to, co odnosi się do Maryi, odnosi się również do Kościoła, Kościół jest święty, „nie mający skazy czy zmarszczki”, jest niepokalanie poczęty. Maryja i Kościół podobne jak dwie krople wody... A jeszcze kropla, a właściwie ciecz, ma taką lubianą przez fizyków do wykładania na hydrostatyce właściwość, że potrafi się dopasować do naczynia, nie? Przybiera odpowiedni kształt, zajmując swoje miejsce zawsze najniżej, spływa na samo dno. Wypełnia depresje... Maryja schodzi nisko do człowieka... To, co napisała WMU, dało mi dużo do myślenia: „Maryja jest bardzo delikatna i pokorna, Ona czeka na inicjatywę człowieka. Jednak ten, kto nie zaprasza Maryi do swojego serca, «nie doświadcza» w pełni łaski Kościoła (...). I może żyć, na przykład pełnią łaski Kościoła ktoś, kto w najmniejszym stopniu nie przyjmuje objawień Maryjnych, nawet tych, które są przez Kościół uznane, chociaż wtedy jego doświadczeniu Kościoła zwykle coś brakuje np. może mieć bardzo intelektualne podejście do wiary, może być dobrym teologiem, bo tak naprawdę idee nie potrzebują Matki. Matki potrzebuje serce. I dlatego, kto ma Maryję w swoim sercu, doświadcza właśnie w ten sposób pełni Kościoła. Doświadcza dwóch rzeczywistości: prawd wiary, ale też delikatności, uczucia, miłości. (...) Bóg daje nam Matkę i mówi do każdego z nas po imieniu: «Oto Matka twoja»”.
Mama... Ja osobiście nie rozumiałam, po co mam się modlić do Maryi, w ogóle o jaką relację tu chodzi... Zawsze zaniedbywałam tę modlitwę... Teraz też... A ostatnio przyszło mi na myśl, że to Ona „po cichu” wyprosiła cud w moim życiu. Bo na bierzmowaniu przyjęłam Ją jako moją patronkę, a kilka dni później trafiłam do Ichtis... Może nie ma w tym nic szczególnego, no ale... Bo to było tuż przed egzaminami, trzecia klasa, wiadomo. A ja wtedy w życiu bym się nie dała oderwać od mojej pracy, każdą chwilę musiałam wykorzystać na naukę, nie było w ogóle mowy o jakimś angażowaniu się w cokolwiek... A tu taki zonk dla mnie :wow: . Do dziś polewam z tej sytuacji i z samej siebie :hahaha: . No i może to właśnie Maryja "wpakowała" mnie tu, do Wspólnoty... Przejrzała mnie :> , znała moją potrzebę.
„Masz Matkę, która jest blisko. To, że jest w niebie, nie oznacza, że jest daleko! I to, że jest w niebie, nie oznacza, że zażywa tam błogiego spokoju! Ona pracuje dla dzieła swojego Syna. Wstawia się za tobą. Interesuje się twoimi potrzebami. Nie przeszła obojętnie obok młodej pary, której na weselu zabrakło wina. Tam gdzie jest potrzeba, tam też jest Maryja”. :064:

Grażyna - 01-10-07, 23:55

Byłam dzisiaj w bibliotece i m. in. odwiedziłam regał pt. „religioznawstwo”. I sobie wyjęłam do przejrzenia tę słynną, fascynującą pozycję „Kod Biblii” odcinek drugi. Po przewertowaniu stwierdzam, że Księgę Miłości ktoś przerobił w jakąś "Księgę Klęski i Zagłady" – wszystko na temat kataklizmów i cierpienia ludzkości. Pełno w niej sensacyjek typu 11 września, kosmici i bomba atomowa – wszystko niby w Piśmie jest zakodowane, zabawa polega na tym, że trzeba tylko poskakać co parę literek. Więc książka ma obrazki z hebrajskimi znaczkami i miłośnicy wykreślanek mogą próbować swoich możliwości. Te obrazki to tekst Biblii – przynajmniej tak autor podaje, a ja podważyć tego nie potrafię, bo się nie znam na tych hebrajskich literkach-krzakach. Mógłby autor podać chociaż Księgę, rozdział, wersety, ale nieee. Takich szczegółów nie znalazłam. Znalazłam jednak coś innego. Ktoś włożył w środek zakładkę zachęcającą do poznania Boga, do modlitwy, rekolekcji – taka „zakładka-ulotka” jakiegoś zgromadzenia sióstr z ich adresem. Nie wiem, czy ktoś to zostawił specjalnie, czy po prostu zapomniał, ale tak sobie pomyślałam, że są jeszcze ludzie, dla których druga osoba nie jest obojętna, nawet ktoś zupełnie obcy... Ktoś wie, że każdy może z własnej woli sięgnąć po taką książkę i sobie przez nią zrobić parę niefajnych rzeczy, więc zostawia taką zakładkę, taki darmowy bilet powrotny, deskę ratunku czy jakkolwiek to nazwać... A nuż to komuś pomoże... Bo nie wiem, po co właściwie ludzie sięgają po taką książkę – chyba tylko dlatego, że chcą w coś wierzyć, w cokolwiek. Albo szukają jakiegoś znaku dla siebie – tak jak ja... Nie żebym wierzyła w ten śmieszny kod. Tak tylko... Może kiedyś otworzę swoje oczy i zauważę choć jeden z tych znaków, jakie mi codziennie Pan Bóg wysyła... Tak jak może komuś kiedyś przyda się ta zakładka – podstępna „pułapka” dla poszukujących wiary... I tak się zastanawiam, co ja mogę zrobić dla kogoś takiego? Po dwóch i pół roku we wspólnocie ewangelizacyjnej stwierdzam, że nawet nie potrafię powiedzieć świadectwa... Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, kim dla mnie jest Pan Bóg... (ten post chyba nie pasuje do tego tematu...)
Natek - 04-10-07, 13:40

Och, aż chyba zacznę robić tak,jak ta osoba, bo to fajoskie:), a w bibliotekach często jestem :064:
Ja staram się czasem, kiedy czytam coś w internecie, napisać jakiś post, jeśli np. jest coś przeciw wierze czy coś w tym stylu. Niestety robię to bardzo rzadko :( Muszę się poprawić! Myślę, że to też pewna forma ewangelizacji.
To ja tyle.

P.S. Ja naprawdę umiem pisać zdania poprawne logicznie i stylistycznie, żeby nie było, że polonistka, a nie potrafi pisać, tylko po prostu na forach nigdy mi się nie chce :p

Jarek - 11-10-07, 09:18
Temat postu: Nawrócenie, jako nauka nowego siebie
Dzisiaj konkrtet. Też opowiem o nawróceniu, ale także o tym, że wiele mnie to nawrócenie kosztowało...



„Nigdy nie mów sobie, że jesteś sam. To jest tylko twoje czyste założenie.”
Sam kiedyś napisałem te słowa, a dziś nigdy nie przypuszczałbym, jak bardzo w nie zwątpiłem, jak bardzo są one dla mnie nieprawdziwe. Wierzę, że dla ciebie na odwrót...
Na imię mi Jarek, choć wielu z was chyba nie zdąży zapamiętać tego imienia ani osoby, która je nosi. Jestem tu od niedawna, pomimo tego, że dzieli mnie od was fatalna 35 kilometrowa odległość z Oleśnicy. Opowiem o miłości, nienawiści do Boga, nawróceniu i pewnych doświadczeniach, które sprawiają, że znowu wątpię.
Cynizm, wyniosłość, chęć posiadania ludzi to postawy, jakie kiedyś prezentowałem. Z jednej strony broniłem się przed ludźmi, a z drugiej chciałem, by stali się oni jak gdyby „moja własnością” i niczyją inną. W gimnazjum poznałem dziewczynę, która zupełnie niechcący przestawiła mnie na inne tory. Fascynacja nią sprawiła, że próbowałem panować nad tym wszystkim, co wymieniłem wcześniej, choć szło mi to bardzo ciężko i opornie. Każda walka ma jednak sens i ta akurat przyniosła zwycięstwo- nauczyła kochać i hamować bezsensowny upływ łez. I choć ona była pierwszą osobą, której po wielu latach znajomości powiedziałem te dwa charakterystyczne słowa, to zostałem nazwany „przyjacielem”. Chyba za szczerość, nie za to, co czułem… Wylanie tych uczuć, utoczenie tej miłości w nadmiarze gdzieś indziej wiele mnie kosztowało…
Dwie najokrutniejsze rzeczy, które mogą sprawić, że się załamiesz: to, że lepiej by było wszystkim bez twojej obecności (bez twojego życia) i to, że nie umiesz kochać, że nie znasz pojęcia miłości. Mnie właśnie to spotkało, z tym, że stojąc tego pamiętnego dnia w łazience spojrzałem przychylnie na żyletkę… W sumie, gdyby jakaś Siła nie zatrzymała mej ręki, gotowej już do podcięcia żyły, to raczej te słowa by nie powstały (dobrze, że mama nie wie, bo gotowa mnie oddać w jakieś lecznicze miejsce). Tłumiony żal, gniew, rozpacz wyładowałem w swoim kościele, bijąc w szyby i złorzecząc Bogu, ryczałem rzewnymi łzami, które pojawiły się po wieloletniej przerwie, zapałałem taką nienawiścią, jakiej nigdy nie doświadczyłem, nawet do Niego. Dlaczego Go wtedy nie było, kiedy najbardziej potrzebowałem? I może to właśnie stało się przyczyną, że napisałem pierwszy z 630 dotychczas powstałych wierszy. Zawdzięczam im ratunek i to, że mogę w ten sposób wylać swój żal w postaci jakiejś metafory, czy też dosłownych wyrażeń, dzięki nim mogłem też wyzbyć się nienawiści do Boga za to, co się stało. Poznałem też kolegę, którego dotknął podobny problem… Razem pojechaliśmy do Henrykowa na rekolekcje dla przyszłych ceremoniarzy, które stały się momentem powrotu i dostrzeżenia istnienia Boga. Szkoda tylko, że to były pierwsze i ostatnie tak cudownie spędzone rekolekcje w gronie księży diecezjalnych…Pomimo tego zamierzałem się, że pójdę do seminarium...
Przewrotem w życiu okazała się opowieść kumpla z Oleśnicy o kapucynach, o wyjazdach, pustyniach, Emaus, o czymś, co było dla mnie całkowitą obczyzną, a dziś stało się prawie chlebem powszednim. Pojechałem najpierw na dzień skupienia do Wrocławia ponad rok temu. Pierwsze spotkanie niezbyt udane... Potem było Zakopane i wakacje z Bogiem... Jeszcze gorzej... Wypady w góry i kaplica na strychu... Nie wiem, dlaczego, ale jakoś to mi nie odpowiadało... I choć potem, będąc w Krakowie Olszanicy dosłownie “otarłem” się o Pana Boga, choć pierwszy raz poczułem się prawie spełniony po czasie, spędzonym z braćmi po tym, jak wyzbywałem się kolejnych zwątpień i durnych sądów na temat życia, to w Sędziszowie Małopolskim dokonał się ten nowy początek... Tam, w ciszy klasztornego chłodu, gdy na zewnątrz panował siarczysty mróz stanąłem twarzą w twarz z Panem. To było niesamowite... Rozmawiałem z Nim... Czułem się, jakbym był w jakiejś otoczce i przepoczwarzał się w osobnika imago, osobnika ostatecznej formy. Rozmawiałem także prawie pół godziny z bratem Radkiem Pasztaleńcem (znacie człowieka) i to pół godziny zmieniło mi życie o 180 stopni. Dostrzegłem zdecydowaną inność życia w prostocie i wewnętrznej radości, a także w mówieniu ludziom o istnieniu Boga, w tym, że we wszystkim co robię i jak postępuję mam być zwykłym człowiekiem, ale kosztowało mnie to stopniową utratę przyjaźni, jakie przez ten czas zawarłem. Jedni uznali, że jako człowiek moralny nie nadaje się do ich otoczenia i pokazali mi przed oczami “krzyż wyklętych”, złożony z dwóch palców. Inni posądzili mnie o to, że na siłę chcę nawracać świat, że próbuje odcisnąć swoje piętno na czyjejś osobowości, kolejni uznali mnie za przytulankę potrzebna tylko na jakiś czas, a potem do kąta. Kolejne wyjazdy do Olszanicy, na Cracov City Tour a potem do Gdańska do pallotynów nie były raczej w stanie mi już pomóc, ale przynajmniej cieszyłem sie tym, ze byłem jak najdalej od tego, że mogłem odpocząć i śpiewać sobie po cichu: “Relax- take it easy...” Co jeszcze? Dostrzegłem szansę na miłość do kobiety... Były różne osoby, o których w takim właśnie sensie myślałem, ale musiałem szybko zapomnieć... Wtedy właśnie dowiedziałem się o istnieniu waszej wspólnoty. Przyjechałem końcem czerwca na waszą ostatnią mszę w roku szkolnym i... zakochałem się... Ale nie w kimś kogo gdzieś tam w oddali dostrzegłem, tylko w tej inności, że nie jest to takie sztywne, jak u mnie, w mojej rodzinnej parafii. Bardzo tęskniłem, by po raz kolejny przyjechać, a jednocześnie rozważałem przez wakacje przystąpienie do waszej grupy. Powód, który ostatecznie o tym zadecydował miał miejsce w sierpniu. Ostatnia nić rzekomo prawdziwej przyjaźni, ostatnia osoba, z którą wiązałem nadzieje na coś więcej, niż przyjaźń (ta dziewczyna, o której wspomniałem na początku) może nawet nić miłości, wychodząca ode mnie, osłabła do minimum. Gdyby mi powiedziała, pochwaliła się dużo wcześniej, że ma już kogoś, kogo kocha, to pewnie przyjąłbym to inaczej, jeżdżąc z rekolekcji na rekolekcje i żyjąc radością; gdybym dowiedział sie o tym, jako jeden z pierwszych, to na pewno czułbym radość, a nie żal i rozgoryczenie, jak teraz, kiedy jako podobno “the best friend” dowiedziałem sie ostatni i to jeszcze przez kogoś (inni, mniej ważni na pewno wiedzieli wcześniej); największy żal to półtora roku w nieświadomości o tym wszystkim, pisanie scenariusza, który tak naprawdę miał sie nie doczekać istnienia, choć nic sobie nie obiecywaliśmy ani nie przyrzekaliśmy, ale można sie było przecież pochwalić... Na pewno zachowałbym sie inaczej, a nie męczył sie z gniewem, żalem i cynizmem, którego nawrót odczułem. Nie musiałbym sie rujnować wspomnieniami, w których najpierw ją poznałem, a potem ta znajomość, myśl o niej mnie motywowała... To już przeszłość... Powstała (w dużym cudzysłowiu): “dziura osobowości“. I do tego poczucie wewnętrznej i zewnętrznej samotności...
Ten żal przyciągnął mnie tutaj... Nikt nie chce być sam, dlatego chwyta sie wszelkich sposobów, by tej samotności uniknąć. Poza rodzicami nie mam u siebie już raczej (może sie znowu mylę) żadnego prawdziwego przyjaciela, z którym mógłbym pogadać całkowicie szczerze, a nie o nauce. Ale rodzice to nie wszystko... Są koleżeństwa, ale tylko do tak zwanego “tańca”, a nie do “różańca”... Jedną przyjaźń zaprzepaściłem sam, a potem, gdy chciałem to odbudować, nie było już sensu... W drugiej przyjaźni sie męczyłem, bo na okrągło powtarzane słowa “będzie dobrze” nie dawały satysfakcji... Moralność, jaką staram się prezentować, niszczyła wielu wokoło... Samotnym czuje się człowiek, do którego większość ma nastawienie negatywne lub obojętne, a obojętność podobno gorsza od zła...
Tutaj mam nadzieję, że to zmienię, że zaleczę te rany, że uda mi się znieść pewne stereotypy na temat swojej osoby, wyrobione przez innych w ciągu tych lat, dotyczące na przykład tego, że nigdy nie będę miał szansy na miłość odwzajemnioną, czy tego, że cokolwiek dobrego robię dla drugiego człowieka, to ma to zupełnie odwrotny odcień i dostaje za to po pysku, także za każde dobre i pozytywne słowo(czy na temat wyglądu, czy osobowości)obrywałem. Chcę w końcu przestać walczyć ze sobą i ze światem, poszukać pomocy nie tylko w Bogu, ale też w człowieku (znów pozytywnie się zakręcić), w jego obecności, tak jak ja staram sie trwać przy kimkolwiek cały czas, często bez wzajemności... Ukoić się nie tylko w Panu Bogu, ale też w człowieku… Zanim co, to musze wpierw pojednać się ze swoją przeszłością, z ludźmi, których być może skrzywdziłem, których w jakiś sposób oczerniłem i tych, którzy po dzień dzisiejszy mają mnie za nic nie wartą muchę. W tym otoczeniu Augustyna, w tej prostocie myślenia i słowa, na jakie tu natrafiam udaje mi się odnaleźć Pana Boga i zawsze ze spotkań, czy z mszy przyjeżdżam szczęśliwy, choć potem gdzieś to uchodzi, im dłużej przebywam w swoim środowisku. Niecierpliwie wyczekuję od niedzieli do środy, a potem od środy do niedzieli. Chciałbym znowu komuś zaufać, i by ten ktoś zaufał też mi... Chciałbym komuś pomóc i by ten ktoś pomógł też mi... Rozmawiając z pewną osoba o tym wszystkim usłyszałem: “co mogłeś zrobić u siebie, to juz zrobiłeś, a tutaj może uda ci się rozwinąć szerszy wachlarz osobowości i możliwości, może też będzie szansa na miłość i przyjaźń, jak nie tutaj, w Oleśnicy, to gdzieś dalej. Centrum twego życia jest teraz gdzie indziej. Studia, wspólnota i Pan Bóg, którego odnajdujesz we Wrocławiu”. Może masz rację koleżanko...
Te wyjazdy do kapucynów na rekolekcje i dni skupienia też miały chyba jakiś swój wpływ na to. Mam nadzieję, że te pielgrzymki do Krakowa, do Sędziszowa, czy gdzie tam jeszcze zakończyły się właśnie tu, u was, dając efekt taki, że jestem w tej wspólnocie ewangelizacyjnej. Nie traktuje tego, jako powołania, ale jako bardzo ważny etap życia, który (mam taką nadzieję) rozpocznie coś nowego- pozytywnego. Swoje powołanie odkryłem wtedy, gdy rozgoryczony przed ponad rokiem stanąłem, by dokonać wyboru między życiem, a śmiercią. Zrozumiałem wtedy, że jestem powołany do życia. Bóg pomógł mi wybrać życie, w którym szukam prawdziwej przyjaźni i miłości, w którym walczę o szczęśliwe chwile dla siebie, w którym walczę o miłość (choć w tej chwili niestety przegrywam) i drugiego człowieka, w którym pomagam, jak tylko mogę, choć zdarza mi się gdzieniegdzie potknąć... Z wierszem przez życie- jedna z moich dewiz...
Mam nadzieję, że wy wniesiecie coś nowego we mnie, a ja w was... I jako, że w tej chwili “moja miłość jest w koszu i zawiesiła mi sie wiara”(cytat z piosenki zespołu Hurt “Czarno Biało Szara Tęcza”) to może uda mi sie tutaj, nie tak, jak kiedyś, częściej widywać sie z Panem, stać się na powrót człowiekiem, nauczyć się znów kochać... Bo ciężko jest żyć, wybierać właściwą drogę i być prawdziwym człowiekiem komuś, kto może i spotyka sie z Panem Bogiem, ale zapomniał, jak się kocha i kto nie zyskał jeszcze odwzajemnionej miłości...

Achre junior - 11-10-07, 15:24

poprosimy w odcinkach. :]
Jarek - 11-10-07, 16:33

niedługo powstanie serial, spokojnie :p
Grażyna - 11-10-07, 20:00

Jak to jest, że te codzienne czytania są odpowiedzią na bieżące problemy? Jakaś genialna głowa siedzi i obmyśla, co tu na ten dzień przypisać? Pan Bóg jest :064: ! Dzisiaj się chyba nawróciłam :jupi: . Ale i tak pewnie za chwilę mi przejdzie :( ...
Gutek - 11-10-07, 20:35

:) no to fajnie, że się nawróciłaś A co z tym świadectwem ????????????????
Grażyna - 12-10-07, 13:07

Ze świadectwem powiadasz... Hmm... Moje świadectwo... Chrystocentryczne, arcyradosne i krótkie, bo po prostu o treści: "Tb 3, 2.6". Wystarczy?
Gutek - 12-10-07, 17:00

Nie, ale już nie ważne możesz nie pisać.
Jarek - 12-10-07, 22:43

Byłem dzisiaj w swojej rodzinnej parafii na mszy. Spojrzałem na ministrantów... Od najstarszego z nich (a wyższego ode mnie prawie o głowę) dzieliła mnie różnica 9 lat, ale to szczegół. Jeszcze 10 lat temu, kiedy Liturgiczna Służba Ołtarza naprawdę w MBM dobrze prosperowała, to działy sie tutaj cuda na kiju, a teraz. Brak lektorów, brak zaangażowania, brak czegokolwiek... Z mojego rocznika 97 ostaliśmy sie tylko ja i Mateusz. Ale co tam, lepsze to niż nic... Szkoda tylko, że mój proboszcz bardziej patrzy na ilość ministrantów, lektorów i ceremoniarzy, niż na ich jakość. Kiedyś to chcieli chodzić, chcieli służyć, bo coś sie działo. Były wyjazdy, spotkania integracyjne, mecze, wyjazdy na parafiady i tego rodzaju pierdoły... Teraz, by "zmusić" kolegów do służenia, skonstruowano metodę punktowania mszy: za jedną 2 pkt, za drugą 3 pkt itd. Dobrze, że tutaj tego nie ma...
Ja już tez powoli się wypalam... Gdzie jest ten zapał sprzed 10 lat? :( Może to dlatego, że juz mnie to nie kręci, że mi sie to nudzi? Ciężko powiedzieć... Ale wiem jedno. Służę do ołtarza z własnej chęci i czasu, a nie pod wpływem rozkazu... Przychodzę, bo chce sie spróbowac spotkać z Panem Bogiem, a nie zyskać większą ilość punktów i jak najwięcej kolęd, jak to robią w tej chwili moi młodsi koledzy(szczerze, kiedyś byłem taki sam). Służę Bogu przy ołtarzu nie tylko u siebie, ale wszędzie tam, gdzie udaje mi sie go spotkać(Augustyn)

pwsp - 13-10-07, 11:29

Jarek napisał/a:
Teraz, by "zmusić" kolegów do służenia, skonstruowano metodę punktowania mszy: za jedną 2 pkt, za drugą 3 pkt itd. Dobrze, że tutaj tego nie ma...


Muszę Ciebie zmartwić: Jakiś tydzień temu pojawiła się w zakrystii kartka z punktacją. Prawdę mówiąc to jest jedyna możliwość, aby młodzi przychodzili służyć na liturgiach, taka zachęta dla nich... .

Grażyna - 13-10-07, 13:01

Gutek napisał/a:
Nie, ale już nie ważne możesz nie pisać.

Przepraszam... Jestem głupia...
Do Tobiasza potem przyszedł Anioł... Do Eliasza, który miał też doła przyszedł Anioł (1 Krl 19, 4-5)... Do Józefa, którego ogarniała rozpacz, przyszedł Anioł (Mt 1, 20)... Do Piotra przyszedł Anioł, by go wyswobodzić (Dz 12, 7). Do Jonasza przyszedł robaczek (Jon 4, 7-8). Ja zasłużyłam na robaczka. I teraz, jak mam wszystkie moje korzonki pogryzione, mogę z całą pewnością powiedzieć, że tylko w Nim wszystkie me źródła. Że tylko Jego woda może mnie ożywić. I już ostatecznie zrozumiałam, że żadnej innej wody nie przyswoją moje poharatane korzonki. Znacie to słowo dobrze, Wspólnoto Ichtis: „Woda ta płynie na obszar wschodni, wzdłuż stepów, i rozlewa się w wodach słonych, i wtedy wody jego stają się zdrowe. Wszystkie też istoty żyjące, od których tam się roi, dokądkolwiek potok wpłynie, pozostają przy życiu: będą tam też niezliczone ryby, bo dokądkolwiek dotrą te wody, wszystko będzie uzdrowione. Będą nad nimi stać rybacy począwszy od Engaddi aż do En-Eglaim, będzie to miejsce na zakładanie sieci i będą tam ryby równe rybom z wielkiego morza, w niezliczonej ilości” (Ez 47, 8b-10). Tak, gdy patrzę na Was, dostrzegam to wyraźnie, że słowa proroctwa wypełniają się. Dziękuję Wam za świadectwo! I dziękuję, że jesteście dla mnie tymi aniołami posłanymi przez Pana.

Jarek - 13-10-07, 22:31

wiesz pwsp, mnie szczerze mówiąc drażni dzis taka zachęta, ale jeśli to miałaby byc metoda, trudno. Ja i tak przychodze dla Pana Boga, nie dla punktów :629:
pwsp - 13-10-07, 23:26

Jarek napisał/a:
Ja i tak przychodze dla Pana Boga, nie dla punktów

To rzecz jasna. Jednak takie podejście przychodzi później, kiedy człowiek staje się bardziej dojrzały w wierze. Według mnie młodsi ministranci nie posiadają takiej świadomości - patrząc czasem na ich zachowanie podczas liturgii czy ich nie przychodzeniu na zbiórki lub inne "punkty programu" LSO... .

Natek - 14-10-07, 00:20

Powiedzcie mi, dlaczego w niektórych filmach pokazuje się tak wiele przemocy i okrucieństwa? Nawet, jeśli zazwyczaj jest to ukazane jako złe, moim zdaniem pokazywanie takich rzeczy jest niedobre. Ja, jak widzę jakąś "mocniejszą" scenę, to nie moge dojść do siebie, póki nie zasnę. Po co to? Wymyślają coraz okropniejsze tortury itp., a potem psychopaci czerpią z tego pomysły. Po co się oswajać z okrucieństwem? A potem społeczeństwo się dziwi, że popełnia się coraz więcej zbrodni z zimną krwią. Bez sensu :/ :( :/ :(
prałat - 14-10-07, 01:02

hem... sugerowałbym w temacie ze świadectwami trzymać się tematu
pwsp - 14-10-07, 11:49

Też tak myślę :p :D
Natek - 14-10-07, 13:15

o przepraszam

jej, naprawdę przepraszam, ja nie chciałam :/ po prostu mi się pomyliły działy

Jarek - 14-10-07, 17:39

„Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego”(Mt. 22. 39). „W tym przykazaniu streszcza się całe Prawo i Prorocy”- powiedział Chrystus do swoich uczniów. Dziś zdanie to traktowane jest, jako ostateczny efekt wypełnienia przykazań w odniesieniu do Boga. „Miłość nie wyrządza zła bliźniemu” ani tobie… :064:


Czy kochasz samego siebie? Czy jesteś już dojrzały(a)? Cały czas kształtujesz swoją postawę względem siebie… Zmieniasz się, jak pory roku, co jedna po drugiej następuje. Wydaje ci się, że kochać to żaden wysiłek, a jednak… Miłość, zarówno względem siebie, jak i bliźniego, wiele kosztuje. Trudno jest zwalczyć egoizm, który mamy w sobie, ale by ta miłość zaistniała, trzeba spróbować. Jeżeli jesteś już dojrzały(a), to na pewno umiesz objąć siebie dojrzałą miłością, przyjaźnią. Jeżeli tego nie potrafisz, niszczysz samego siebie, sprowadzasz pasmo cierpień, pasmo wrogości, negatywne myślenie i (oby nie)… myślenie samobójcze.
Na tej drodze mogą pojawić się trudy, m. in.: odwodzenie od miłości do samego siebie, nazywanie tego egoizmem. Egoizm to zupełnie co innego, to patrzenie na świat tylko i wyłącznie ze swojego punktu widzenia, nie dostrzeganie istnienia nikogo innego. Od miłości względem siebie trzeba zacząć, by umieć pokochać drugiego człowieka. Innym trudem może być wykluczenie samego siebie z postawy miłości, brak świadomości o postawie miłości do siebie i wreszcie- niedoskonałość człowieka. Nie mogę bez ustanku przebywać z samym sobą przez dzień i noc, bo wtedy bez końca doświadczam własnych słabości. Nie mogę przebywać z kimś tak niedoskonałym, jak ja sam. Może warto wyjść do ludzi?



Nie mogę kochać Boga, jeśli gardzę samym sobą. Jeżeli nauczę się dojrzałej miłości do siebie, to zrozumiem, że to jest jedyna droga życia. Z mojej miłości względem siebie wynika miłość do wszystkich bliskich wokoło mnie. To są fundamenty, jakie powinienem postawić, by kształtować dojrzałą miłość względem siebie.
Jednak w dzisiejszych czasach istnieją dość mocno wypaczone sposoby rozumienia miłości względem siebie. Jednym z nich jest budowanie swojego pozytywnego wizerunku, formowanie go na kłamstwie, a tymczasem wyobrażenie o tobie powinno być prawdziwe. Innymi słowy nie mogę kreować siebie jako negatyw, czy pozytyw. Musze spojrzeć sobie w twarz i dostrzec wszystkie uroki i wady, nie dodawać ani jednego ani drugiego. Przypinanie dodatkowych wad czy zalet świadczy o egoizmie. A „prawda was wyzwoli”…

Dojrzale pokochać siebie to przyjąć siebie z odwagą i prawdą, widzieć zarówno piękno, jak i zło, które czynisz, a nie starać się dostrzegać tylko jedne z tych dwóch pojęć w większej ilości. Jeśli prawdę o sobie przyjmę z miłością, to ona mnie wyzwoli. Przyjąć siebie z Bożą Miłością, to stawiać sobie wymagania.
Bycie egoistą nie wymaga żadnego wysiłku, a nauka miłości względem siebie- owszem. Pokochaj i oceń siebie, swoje dotychczasowe relacje do innych zgodnie z całą prawdą, potem zacznij na nowo na nich patrzeć.
Mój egoizm? Istnieje... Przypomniał mi o nim pwsp<za co ci dziękuję:)>. Wśród swoich młodszych kolegów w LSO momentami zachowuję sie, jak stary nauczyciel z dwudziestopięcioletnim stażem, któremu czasem bije pod czachę. Wydaje mu sie, że wszystko jest proste i każdy powinien już wiedzieć, co jest co, a trzeba zrozumieć, że ktoś jest młodszy, mało doświadczony zarówno w wierze, jak i w służeniu do ołtarza i sie dopiero uczy. Mam tylko nadzieje, że ta nauka da jakieś efekty...
***
Z jednego z dialogów, przeprowadzonych z bratem zakonnym(bodajże ojcem duchownym Młodzieży Franciszkańskiej TAU):
- Bracie, co to znaczy pokochać samego siebie i bliźniego?
- Miłość do samego siebie i bliźniego to wypełnienie Bożej woli…
- A co to jest egoizm?
- To wypełnianie swojej woli… ;)

Achre junior - 14-10-07, 22:04

pięknie, ani pół błędu ortograficznego
prałat - 14-10-07, 22:18

UWAGA. Nie piszę po to, żeby twierdzić że coś jest źle, czy żeby krytykować, bo świadectwa nie są od tego żeby je oceniać. To jest taka troska o to, żebyśmy się wszyscy uczyli takiego sposobu mówienia świadectw, który będzie najbardziej trafiał do drugiego człowieka.

Tak generalnie w odniesieniu do całego tematu (bo czasami wkrada się drobny nieporządek)... to przypomnę, że świadectwo powinno cechować się (jak już ktoś zauważył) tym, że jest: Radosne, Krótkie i Skoncentrowane na Jezusie (i na jego działaniu - nie na sobie). Dobrze jest, żeby było jak najbardziej komunikatywne. W związku z tym, kolejne, na co warto zwrócić uwagę, to zawarcie czterech punktów:
- co było przed spotkaniem z Jezusem (ostatnim doświadczeniem, tym wydarzeniem etc.)
- moment spotkania z Jezusem (doświadczenia/nawrócenia/itp.)
- co się konkretnie zmieniło
- i jeśli jest adresowane do osób spoza wspólnoty (powiedzmy, że tu na stronie to nie ma potrzeby takiej) to najlepiej żeby zawierało zachętę dla drugiego.

no i musi być AUTENTYCZNE.

shalom!
Ap 22,21

P.S. Wszystkie posty niezwiązane ze świadectwami będą od tego momentu w tym temacie kasowane.

Jarek - 14-10-07, 23:18

Drogi Prałacie :607:
Niekoniecznie świadectwo ze spotkania z Bogiem, choć jest ono równie ważne, ale także przemyślenia, którymi, chcąc sie podzielić, pomagasz innym i sobie jednocześnie. Dzielenie się z kimś swoim krzyżem. :064: Zwykłe, proste, w których(wg. mnie przynajmniej) mozna zobaczyć najwięcej działań Pana Boga, najwiecej Jego tchnienia w człowieka ;)

prałat - 15-10-07, 17:38

To proszę w takim razie w innym temacie ;D niech ten zgodnie z nazwą pozostanie na swiadectwa :]
Jarek - 15-10-07, 19:05

Znowu nawrócenie...? Można by tak określić kolejny etap przełomu, jako dokonuje się w moim życiu... ;D


Wziąłem dzisiaj do ręki Pismo Święte… Przeczytałem fragment Księgi Przysłów, konkretnie Prz. 19, 1- 14. Wyrocznię, której zdania, im bardziej się w nie wczytując, przyrównywałem do dzisiejszej rzeczywistości, albowiem żaden ze mnie „interpretator” cudzego słowa.
Czytając te słowa zatrzymałem się na czternastym wersie:
„dom i bogactwo dziedzictwem po przodkach, lecz żona rozsądna darem od Pana”(Prz. 19,14). Dalej przerwałem… Chciałoby się zapytać, dlaczego?
Kilkanaście lat temu, kiedy stawiałem pierwsze kroki ministranta, dałem sobie durne postanowienie, że nie będzie dla mnie istnieć pojęcie kobiety(egoizm?). Nie zwracałem uwagi na dziewczyny przez wszystkie klasy szkoły podstawowej, wiele zmieniło się dopiero w gimnazjum. Okazało się wtedy, jak bardzo jestem niezdecydowany co do swojej osobowości, co do swojego życia, postępowania i ludzi. Jak bardzo nie znam siebie?
Tak patrząc się w tej chwili w powyższy rozdział Księgi Przysłów, zauważam, jakiej głębokiej przemianie uległo to wszystko. Po prostu otworzyły mi się oczy, a teraz jeszcze bardziej. Mogę wreszcie śmiało sobie powiedzieć: „głupi byłeś, palancie, głupi byłeś.” :wpale:
Wypadało się najpierw nauczyć siebie :064: . Wykonać zestawienie wszystkich negatywnych cech i tego, co jest dobre, nauczyć się tych cech osobowości, które w ogóle nie istniały. Od momentu cudownego spotkania w Sędziszowie(które zawsze będę rozpamiętywał), spojrzałem na to wszystko zupełnie inaczej. Najpierw na siebie potem na drugiego człowieka. Może to niesamowity klimat tych rekolekcji to sprawił? Cieszyłem się z tego, że nareszcie zacząłem żyć. Że zacząłem poznawać wszystkim, co mam do dyspozycji, szczególnie sercem i duszą. Zacząłem być prawdziwy i dla siebie i dla kogoś. I choć często popełniałem błędy na tej nowej drodze, to zdawałem sobie z nich sprawę i umiałem się wreszcie do nich przyznać, nie tylko przed Panem Bogiem, ale też przed drugim człowiekiem.
Postawiłem na drugiego człowieka, czyli w niego uwierzyłem. Zaufałem… To znak tego, że wierze i kocham też siebie… Jedna rzecz pozostaje niezmienna… Strach przed miłością do kobiety… Strach, który, wstępując do wspólnoty, zdecydowałem się przełamać, choć będzie trudno… Trudno będzie stać się kimś takim, by dane było doświadczenie najpiękniejszego rozdziału życia- miłości.
Brat Radek powiedział mi, że ten strach powodowany jest prawdopodobnie racjonalnością myślenia i ostrożnością w działaniu, jeśli chodzi o te sprawy. Właściwie czego tu się bać? Pamiętam słowa mamy: „kobieta też człowiek, nie ugryzie…” Ale tylko ta „rozsądna”… :*

Gutek - 16-10-07, 06:59

nawrócenie do kobiet?? bo nie zakumałem?? hmmm
Jarek - 18-10-07, 09:45

Tak na wczorajszym spotkaniu padła prośba o opowieść dotyczącą uzdrowienia. Heh...

Całkiem niedawno, bo na wysokosci sierpnia przyjaciel, którego spotkałem w Gdańsku (a który obecnie odbywa postulat w Stalowej Woli) zaprosił mnie na mszę rekolekcyjną prowadzoną przez hindusa, ojca Jamesa Manjackala(czyt. Manszakala). Szczerze… Nie miałem tego w planie, będąc w Gdańsku, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że „spontany”, coś, co czynimy pod wpływem chwili są czasem dobre i może z nich wyniknąć coś naprawdę niesamowitego.
Były to rekolekcje dla tych, którzy zdążyli się wcześniej na nie zapisać, a mimo to udało nam się przystąpić do zespołu muzycznego bez większego problemu. Msza, na którą przybyliśmy była mszą o uzdrowienie z chorób fizycznych i duchowych, o co też modlili się ludzie z różnymi zwyrodnieniami, których tam widziałem. Bez identyfikatora, że się tak wyrażę „na dziko”, usiadłem na miejsce wśród ludu wiernego, które okazało się już zajęte, tak jak pozostałych pięćset. Nie chcąc rezygnować z mszy, wybrałem całkowicie ascetyczną lokalizację: podłogę tuż przy ołtarzu, mając za plecami ścianę.
Msza taka, jak zawsze, ktoś nazwałby to „schematem”, ale dla ludzi, którzy szukają prawdziwego doświadczenia Ofiary, czasami msza gdzieś indziej okaże się bardziej niezwykła, niż w rodzinnym miejscu. Już na początku, gdy zespół zaśpiewał „Gloria in excelsis Deo”, wszystkim, łącznie ze mną, zaczęły się łzy cisnąć do oczu :placze: , albowiem to melodia „Chwały”, której nie słyszałem od lat, a która przypomniana mi została na mszy prymicyjnej księdza Tomasza Olejnika (mojego znajomego- tez kapucyna). Nastała pewna wewnętrzna cisza, której potrzebowałem…
Z homilii misjonarza wyciągnąłem bardzo wiele, przez co bardziej twardo stąpam po drodze, którą jakiś czas temu przyjąłem(choć gdzieniegdzie potknięcia). W słowach z historii księdza można było usłyszeć, jak po każdej z mszy odprawionej przez niego, szczególnie podczas przeistoczenia notuje się jakieś uzdrowienie, ale nie tylko to. Podkreślał, jak bardzo ważne jest uzdrowienie duchowe z przymiotów, stworzonych przez szatana: z pesymizmu, zwątpienia, niewiary… Każdorazowe „Alleluja” wypowiadane przez ojca i powtarzane przez lud, było hasłem zawierzenia w cuda uzdrowień i coś, co nazwałem „jego maksymami”. Uzdrowienia, o których mówił dokonywały się przez to, że podczas Komunii “Chrystus i człowiek stają się jednym”.
W czasie mszy dokonał się jeszcze jeden mój spontaniczny czyn: przyłączyłem się do wokalu w zespole muzycznym, choć zawsze zarzekałem się w sobie, że nigdy tego nie zrobię, że nie przystąpię do żadnej oazy, zespołu ani tego typu wspólnoty, a tu nagle… :wow:
Potem nastąpiło wystawienie Najświętszego Sakramentu i wielka modlitwa o uzdrowienie. Na początku ojciec poprosił o dokonanie wewnętrznego rachunku sumienia, wewnętrznej spowiedzi, a gestem, który miał na celu rozgrzeszenie, uzdrowienie, zaczątek innego życia, było włożenie rąk na głowę przez kapłana.
Na drugi dzień, 24 godziny przed mym wyjazdem z Gdańska, przybyłem tu po raz drugi, tym razem z własnej woli, by już w całości włączyć się w to duchowe spotkanie. Trafiłem akurat na Koronkę do Miłosierdzia Bożego, , by potem już pozostać do samego końca mszy św., uczestnicząc w śpiewie, prowadzonym przez zespół. Nie minęła chwila, a zdążyłem się z nimi zżyć i dostosować się do melodii i partii wokalnych, jakie nadawali. Tego ostatniego dnia rekolekcji, a zarazem mego pobytu tutaj ojciec odprawił mszę, w jakiej nie uczestniczyłem nigdy dotąd z kazaniem, w które trudno jest być może nam uwierzyć, ale nie ma innego wyjścia, skoro się w danym miejscu i czasie nie było, z kazaniem o tym, jak nawrócił dwustu muzułmanów, chcących przyjąć Chrystusa, jako swego jedynego Zbawiciela. Końcówka mszy była niesamowita. Zanim podziękowania za przeprowadzone rekolekcje, ojciec James, dosłownie ogarnięty czymś w rodzaju transu, wizji, wspominał imiona osób, uzdrowionych z chorób cielesnych i duchowych w czasie rekolekcji. Przeciągły krzyk dziecka w czasie ciszy, trans i płacz wielu ludzi, w tym mego współtowarzysza z zespołu, którego wspieraliśmy objęciami ramion i dotykiem dłoni, były jakimś świadczeniem tego, że Pan Bóg w tym momencie działa, przechadzając się od człowieka do człowieka, a także były dowodem na to, że mój stopień wiary jest jeszcze znikomy w porównaniu do ludzi, których tam spotkałem. I być może podobnych jeszcze spotkam… Możecie mi wierzyć, lub nie, ale opisuję to, co tam naprawdę widziałem, słyszałem i czego też po krótce doświadczyłem.
I kiedy tego samego dnia wieczorem siadłem do pisania powyższej refleksji na temat tych rekolekcji, myślałem o ojcu Jamesie, o fantastycznych ludziach z zespołu, z którymi bądź co bądź zżyłem się przez te łącznie kilkanaście godzin, a także o ludzie silnej wiary, zgromadzonym w kościele. Mogę śmiało stwierdzić, że nie przyniosło mi to oczekiwanego uzdrowienia, ale dało silną nadzieję na uleczenie ze zwątpienia w relację „ja dla ludzi i oni dla mnie”. Dostąpiłem łaski podniesienia i umocnienia, by dalej trwać… :jupi:

Beata, Marysia, Sylwia, Sławek, Rafał, Celine... Nie powiedziałem im “żegnajcie”, a “do zobaczenia”...
:607:

Grażyna - 24-10-07, 16:55

„Jezus powiedział do swoich uczniów: «Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy podobni do ludzi oczekujących powrotu swego pana z uczty weselnej, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie»”.

Wczoraj przeczytałam tę Ewangelię już chyba tylko z obowiązku. Bez wgłębiania się w to Słowo, tylko żeby odbębnić i wrócić szybko do swoich zajęć. Wciąż korzystam z tej wymówki – mam naukę, więc nie mam czasu na modlitwę. Więc tym się usprawiedliwiając, z ulgą rezygnuję z rozważania Słowa Bożego... I tak też było wczoraj. Muszę się przyznać, że dużo się we mnie zmieniło – na gorsze. Nie będę o tym pisać. Ale skutek jest taki, że stałam się obojętna na moje życie, po prostu nie chcę już żyć. I zamykam się na Pana Boga, uciekam od Niego i od ludzi. Może nie dopuściłam do siebie myśli, że po tej mojej upragnionej śmierci na serio jest jeszcze coś... I modliłam się do Boga, żeby mnie wreszcie zabił. Chociaż wiem, że nie jestem w ogóle gotowa na spotkanie z Nim. A wczorajsza Ewangelia mówiła mi konkretnie, że mam już skończyć z tym moim śmiesznym dekadentyzmem. Wieczorem tatuś mi zapalił dodatkowo jeszcze jedną lampkę, której już od dawien dawna nie używałam, bo myślałam, że jest zepsuta. Kiedyś ją zamontował pod półką nad biurkiem. Jak chciałam ją wyłączyć, to oczywiście nie chciało mi się nachylić, żeby sprawdzić, gdzie się ją wyłączało, tylko zaczęłam ją bez patrzenia obmacywać. Po chwili się skapnęłam, że ona nie ma jednej żarówki, a ja właśnie pcham tam paluchy, gdzie nie jest zabezpieczone... Serce mi waliło z szoku, bo to, o co się tak modliłam, mogło zostać tak szybko wysłuchane... Ogromny strach mnie obleciał, bo wiem, że moje życie i postępowanie nie są dobre, ja zupełnie nie jestem gotowa na Sąd... To wczorajsze doświadczenie dużo mnie nauczyło... Dostałam dowód na to, że prawdziwe są słowa Pana Boga: „Ja nie pragnę śmierci występnego, ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył” (Ez 33, 11). I że czytania z dnia nie są czytaniem gazety, tylko Słowa Bożego. I że muszę być bardziej odpowiedzialna za to, co mówię do Pana Boga. Odkryłam jeszcze jedną bolesną prawdę o moim sercu...

Natek - 24-10-07, 21:28

:* Dziękuję za to świadectwo, Grażynko. :*
I trzym się!!!!!!! :przytul: :przytul: :przytul:

Natek - 24-10-07, 21:45

Grażinn napisał/a:
Bez wgłębiania się w to Słowo, tylko żeby odbębnić i wrócić szybko do swoich zajęć.
skąd ja to znam?? :/
Grażinn napisał/a:
Ale skutek jest taki, że stałam się obojętna na moje życie, po prostu nie chcę już żyć.
Jak wyżej.

Ja z kolei ostatnio wpakowałam się w głupi grzech, który co jakiś czas do mnie wraca
(a raczej ja do niego) i nie mogłam chodzić do Komunii. Często, kiedy nie mogę przyjąć Pana Jezusa, niedostatecznie się tym przejmuję i w rezultacie odkładam spowiedź.......(Inną sprawą jest to, że jestem skrupulantką i zapewne nie zawsze, kiedy myślę, że popełniłam grzech ciężki, faktycznie tak jest.) Ale ostatnio ten "głupi grzech" strasznie mnie zdołował. Nie potrafiłam zmusić się do pójścia do konfesjonału, więc umówiłam się na rozmowę z jednym z Braci - no jak już się umawiam z kimś, to raczej przychodzę :p . No i się wyspowiadałam. :064: :064: :064: :064: :064: :064: I odkryłam, jak chyba nigdy wcześniej, jakim szczęściem jest móc jednoczyć się z Jezusem w Komunii. Z ciągłych dołów przeszłam w stan cudownej radości. Jednak wiem, że najważniejsze wcale nie są moje uczucia, tylko to, co pojęłam - tylko Bóg daje prawdziwe szczęście!!!!!!!!! :) :) :) :) :) :) To niby oczywiste, ale czym innym jest wiedzieć, a czym innym rozumieć. :)

No i możecie się pomodlić, jak się wam chce, żebym już nigdy nie zapomniała o tym, co ostatnio na nowo odkryłam.

Jarek - 26-10-07, 23:33

Natek napisał/a:

Z ciągłych dołów przeszłam w stan cudownej radości.


Ja sie dołuję ostatnio bardzo często, średnio co drugi dzień... Różne są powody: albo w domu nie za ciekawa akcja albo ktoś przypnie rogi na siłę albo mocno zdenerwuje. Różne, naprawe różne, ale nie zapominam o jednym. O spokoju, który szybko odzyskuję i jestem w stanie działać dalej. Wystarczy, że Pan ześle mi jakiegoś pozytywnego człowieka i od razu jest fajniej, lepiej się żyje. Tacy pozytywni ludzie dowodzą tego, że jest radość i jest Bóg. To wy :064: :przytul: .

Natek - 27-10-07, 11:37

:przytul:

Pocieszę Cię: stan, o którym pisałam, już troszkę minął i mimo, że wciąż trwa, dołuję średnio kilka razy dziennie :( :p . Ale mam nerwicę i bogatą przeszłość :hahaha: :/ , to to się nie do końca liczy ;D . W sensie że to naprawdę ma być pociecha. :) :przytul:

A co do reszty Twojej wypowiedzi: tak samo jest u mnie. :) :przytul:

PAN BÓG IS THE BEST!!!!!!!!!! :064: :064: :064: :064: :064: :064: :064: :064: :064: :064:

Jarek - 03-12-07, 17:29

Niedawno do mojego mieszkania zapukała starsza kobieta. Jak sie później okazało była ona świadkową Jehowy. Wiem jedno, że gdyby otworzyła moja mama, "nie patyczkowałaby się" i zamknęłaby jej drzwi przed nosem, a ja, nieświadomy w ogóle, co to za jedna wdałem sie z nią w dyskusję na klatce schodowej. Tłumaczyła coś o Księdze Rodzaju, czym ona sie różni od ewolucji, włączając w to element Wielkiego Wybuchu. Moja mina była jednoznaczna i wykazywała szok i niezrozumienie; probowałem zadac jakiekolwiek pytanie, ale nie szło mi to w ogóle, bo mówiła tak chaotycznie, szybko i niezrozumiale, że ciężko było sie doszukać sensu w tym bezsensie. Potem wyciągnęła broszurę... Tu zrozumiałem, co to za jedna i grzecznie jej podziekowałem. Wiem doskonale, ze będzie zaglądać częsciej, bo trafiła na obiekt do dyskusji i do ewentualnego przeciągnięcia na swoją stronę, ale nie poddam sie pomimo tego, że chciałbym sie czegoś dowiedzieć o ich zgromadzeniu.

Dlaczego ten przykład? Po jednej stronie ja- człowiek, proszący o wysłuchanie(pukający świadek Jehowy), po drugiej stronie też ja(porównanie do mamy), zamykający drzwi serca przed drugim człowiekiem, który mu sie nie podoba. Trochę pogubiłem sie ze soba w ciagu ostatnich paru tygodni...

Zawsze zanim kogokolwiek sie oceni, trzeba najpierw go wysłuchać i poznać. Mi to często nie wychodzi ale od dłuższego czasu staram się słuchać i poznawać, mimo tego, że nie każdy też mi na to pozwala. Dziś zawsze wychodze z inicjatywą do drugiego człowieka, jakąkolwiek: czy to nawiązanie kontaktu, czy prośba o spotkanie. Ale żeby ktoś podobnie wobec mnie- rzadkość, ale i z takich rzadkości warto sie cieszyć. Przeraża mnie obojętność w każdej postaci, czasami chciałbym być tak samo obojętny (nieraz mi sie udaje, kiedy mam dość, ale na krótko) jak większość tych, ktorych znam, ale nie potrafię, bo wtedy postąpiłbym wbrew sobie. Nigdy nie oceniałem osoby pod kątem tego, co głosi, co pisze, jak sie zachowuje, bo tak naprawdę nigdy nie będę miał dostępu do jej wnętrza, ktore moze okazać sie zupełnie inne. A także to, że nigdy nie będę obojętny na to, gdy coś niepokojącego dzieje sie z czyjąś duszą. Zrozumiałem to, kiedy próbowałem pomóc jednej z koleżanek w naszej wspólnocie, nie mogąc patrzeć, jak dzieje się z nią coś negatywnego. I tak, jak za tak całkiem niedawnych czasów zostawiłem wszystko i pospieszyłem z pomocą, wiedząc, że robiłem dobrze, a efekty i ewentualne razy po twarzy mnie nie interesowały. I kiedy ostatnio dosłownie zwiałem sprzed drzwi "czwórki" z zupełnie niewytłumaczlanym strachem(moze znow przed obojętnością?) zobaczyłem, ze coś sie jednak dzieje i postanowiłem sie tym podzielić.

Na pewno nie będę, jak moi rodzice niekiedy odtrącać kogoś za to, co głosi, bo chcę doszukać sie w tym kimś człowieczeństwa i jakości. Na pewno nie będę się poddawał obojetności, pomimo, że świat oferuje mi ją częsciej, niż ja swoją pomoc. I na pewno, jak powiedział mi moj przyjaciel, pozostanę sobą. Zaakceptuje swoj cynizm, szyderstwo, ale też jednocześnie naiwność, bezgraniczną ufność, Boży dar przebaczania bez względu na wszystko, gotowość do pomocy czyjemuś duchowi i coś, co odkryłem niedawno: niezależność (taką, ktora wymaga, bym traktował człowieka, jak człowieka, a nie jako jakiegoś mistrza, mentora, czy kogokolwiek- także na odwrót), jako integralne części osobowości, ktorych nie jestem w stanie sie wyzbyć, bo wtedy wyzbędę się całego siebie.
Najbardziej sie ciesze z tego, że dzięki Ichtisowi nauczyłem sie śmiać i skakać do gory, jak małe dziecko i ze wszystkich sił być pozytywnym, nabierać odwagi do wielu rzeczy. Jakoś wtedy jest tak fajnie:). Choć wiem, że są tu różne natury, osobowości i temu nie ma co zaprzeczać. Jak na razie w sensie pozytywnym uderzyły mnie cztery. Jakie, nie będę zdradzał, bo się wstydze:P.

Wierzcie, takie wyżalenie sie, pomaga, chociaż tylko trochę...

Iggi - 28-01-08, 15:41

Dziś odkryłam w sobie taką beznadziejną cechę. No... może nie cechę, ale odruch. W szkole rozmawiałam z dziewczyną, która była na kilku spotkaniach naszej wspólnoty. Na koniec spytałam, czy przyjdzie na spotkanie etc. Wtedy podeszła do niej koleżanka. I powiedziała coś w stylu 'o! może ja też przyjdę?'. No i ja sobie pomyślałam, że nie chciałabym tego. Że to jest osoba, ktorej nie chciałabym i nie widzę w Ichtisie. Odeszłam od nich i tak sobie pomyślałam: 'czy mi się nic nie pokićkało?'. No bo taki lol. Teraz tak sobie myślę, że chciałabym, by ona do nas przyszła i poczuła tą wielką miłość jaką może jej dać tylko Pan. Może wtedy, gdyby tego doznała, nie zbudziłaby we mnie tego odruchu. Aczkolwiek nie zmienia to faktu, że jest mi wstyd.
Gutek - 21-02-08, 12:52

Zapraszam wszytkich do ogladania tego linka :) )))))))) pozdrawiam

http://video.google.co.uk...207271920409738

Natek - 25-02-08, 13:31

Pan Bóg mnie rozwalił dzisiaj! Jest taki dobry!
No bo że ja generalnie to jestem strasznie słaba, tak psychicznie - bardzo łatwo i często się denerwuję, załamuję, wpadam w dołki itp., np. bardzo często muszę walczyć z tym, żeby nie wpaść w depresję czy nie wybieć skądś z płaczem...No cóż no, trochę w życiu przeżyłam i jakoś mi tak po różnych, dziwnych przeżyciach zostało i nie za bardzo chce sobie "pójść" (jak ja pięknie tu piszę, daję piękny przykład, ojojoj :P ) Ale nieważne. W każdym razie ostatnio właśnie mi tak coraz ciężej (choć to generalnie dość częste, że jest ze mną nie za dobrze :P :/ ), ale im jest gorzej, tym bardziej Pan Bóg mnie podtrzymuje i nie daje zginąć. Dziś np. właśnie sobie siedzę i płaczę, bo mi smutno tak strasznie, tak bardzo bardzo, bo siedzę tu sama, bez przyjaciół, bez nikogo bliskiego, w ogóle bez nikogo, a tak po rekolekcjach trudno to znieść, no i tak sobie siedzę i ryczę, ale się zaczęłam w końcu (oczywiście nadal płacząc) modlić. Wołam do Pana o ratunek, i choć nie prosiłam o nic konkretnego, po prostu o pomoc, żeby był i nie dał mi zginąć, a tu..........najpierw sms od przyjaciółki, że kocha, taki po prostu, nagle, nie wiadomo z jakiej racji......zaraz potem telefon od mojego najukochańszego przyjaciela (nie widziałyśmy się już długo) z pytaniem, jak się czuję i że może byśmy się kiedyś spotkały.............No........no ja wymiękam.........Ciągle ostatnio doświadczam takich małych cudów....... Bo ja po prostu wiem, że Pan Bóg maczał w tym palce... ;d Jej........ No, to niby takie cukierki, możnaby pomyśleć, sama często się dziwię, dlaczego Pan tak mnie traktuje, tak ulgowo jakby, ale z drugiej strony wiem, że inaczej mogłabym nie dać rady, a w końcu On mnie zna najlepiej...Tak ratuje ciągle...Tak cały czas.....Jeśli tylko się do Niego zwrócę......Jej.......Zsyła cierpienia, ale tylko takie, które przetrzymam z Jego łaski............jej..........no rozwalił mnie........jej.........Może dalej sobie jeszcze troszku płaczę, ale już tak inaczej i już z nadzieją, która właśnie sobie chciała już ode mnie uciec.
Nie wiem, czy to jest w jakimkolwiek stopmiu składne, nie piszę tu nigdy tak, jakby tego wymagały arkana sztuki poprawnego pisania :P no i pewnie za dużo jest w tym mnie, a za mało Pana Boga, ale może choć troszeczkę mogę mu tym skromnym postem oddać chwałę i zaświadczyć Wam o Jego nieskończonej Miłości i tym, jak Jej wciąż doświadczam.
Amen.

Grażyna - 12-11-08, 21:45

Tak często było podkreślane, że jak się coś usłyszy, to wręcz trzeba się tym podzielić... No i przy dzisiejszych nieszporach i dzieleniu ja też chyba powinnam powiedzieć coś od siebie... Ale ja nie mam tyle odwagi – a właściwie wiary – by zabrać głos w Waszym gronie, bo... nie wiem... wstydzę się mówić cokolwiek i... mam świadomość, że się zmieniłam... I czuję się na naszych spotkaniach jak z zupełnie innej bajki... Ale to taki mój problem i ja jestem jego powodem. Więc chciałam powiedzieć, że przekonałam się, że Pan Bóg nie chce milczeć... Bo równo tydzień temu rozmawiałam z Lilą i się jej skarżyłam, że ja już nie mam pojęcia co robić, bo skąd mam to wiedzieć, skoro On nie ma zwyczaju się odzywać... No i Pan Bóg mnie przekonał, że On odpowiada słowem z Pisma Świętego... I dał mi odpowiedź na moje pytania... Wiem, że te słowa są każdego dnia kierowane do 6 miliardów ludzi, ale czasem ma się takie wrażenie, że to jest konkretnie do mnie i o mnie... Przynajmniej ja tego doświadczyłam już 2 razy w tym tygodniu. A ponadto na dzisiejszych nieszporach szczególnie dotarło do mnie to, że On jest przy mnie nawet, "gdy położę się w Otchłani" - czyli nawet teraz... "Przeniknij mnie, Boże, i poznaj moje serce, doświadcz mnie i poznaj moje myśli. I zobacz, czy idę drogą nieprawą, a prowadź mnie drogą odwieczną". Ostatnio tak bardzo mocno zaczynają docierać do mnie słowa (chyba św. Dominika): "Jeśli nie zostanę świętym, będę nikim"...
Achre junior - 23-03-09, 22:55

Dziękuję za rekolekcje.
Tak świadomie mogę wejść na drogę życia we wspólnocie, dopiero gdy zobaczyłem dokąd prowadzicie. To takie fajne jest, że tak w ogóle :P

a no i kerygmat mogę sobie wreszcie świadomie przyjąć i wstąpić na drogę Wyjścia. Dzięki!

Lil - 25-05-09, 18:35

" <<Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!>> (Mk 16, 15).
Kiedyś w prowincjonalnej dziurze Jezus powiedział tak garstce swoich uczniów. Nieprawdopodobne, a jednak dziś czytamy Ewangelię po angielsku, francusku, włosku. Czyta czarny ksiądz Murzyn i ksiądz Eskimos, który na ambonie pachnie tranem.
W jakimkolwiek języku weźmiemy do ręki Ewangelię, poczytamy wszystko od Betlejem po Golgotę, przekonamy się, że nikomu na świecie nie możemy tak wierzyć, jak Jezusowi. <<Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego>> (J 6, 68).
Przez dwa tysiące lat wielka rodzina ludzi wierzących pielęgnuje skarb przekazany przez Jezusa w mieścinie, gdzieś na końcu świata."
ks. Jan Twardowski

fajne;)

Natek - 01-08-09, 16:46

Mnie Pan Bóg ostatnio rozwalił dwoma rzeczami, których wcześniej nie zauważyłam. 1) Jakiś czas temu ofiarowałam moją zwariowaną i bardzo poranioną rodzinę Maryi i dopiero niedawno zauważyłam, że właśnie od tamtego czasu wiele się zmieniło na lepsze, zwłaszcza między rodzicami, którzy niewiele później zaczęli wreszcie w miarę normalnie ze sobą się kontaktować i w ogóle się stały rzeczy, o których rok temu nawet bym nie śniła.:):):)
(ach, i chorowanie może być też dobre, bo dopiero, jak mi zrobili takie jedno badanie, po którym ciężko jest parę dni funkcjonować, właściwie się nie funkcjonuje ;p , a inne ważne nie wyszło do końca dobrze, to wtedy właściwie jakoś tak rodzice zaczęli jakoś tam ze sobą gadać:D)
2) Mam z Asią zaadoptowane dziecko z Sudanu:), i to nie jest wielka kwota, jaką wpłacamy, a odkąd to robimy, obu nam nie brakuje pieniędzy aż tak, jak to bywało wcześniej.... Ja nie umiem tego jasno wytłumaczyć, ale jest inaczej, niż było... Nie wiem, jak tam u Asi, ale u mnie jest naprawdę wiele lepiej, i nawet w całej mojej rodzinie!:):):) No szok! Ja daję tak malutko, a tu Pan Bóg tak mi się odpłaca...!:) Jestem wzruszona Jego wielkodusznością i hojnością.:)
p.s.Ostatnio przysłali nam zdjęcie tej dziewczynki, jest taka śliczna, ze uśmiecham się, ilekroć na nie spojrzę. Fajnie jest być "rodzicem".:):):)

Iggi - 15-08-09, 10:15

eh kurczę nie umiem mówić świadectw, więc wolę napisac parę słów... Na rekolekcjach Pan Bóg mnie po prostu rozwalił swoją Miłością i normalnie łza mi się w oku kręci ze wzruszenia za każdym razem jak tylko o tym pomyślę... no bo kuuurczę, nie wiedziałam, że ktokolwiek może mnie AŻ TAK kochać... Chwała Panu!
Natek - 09-04-10, 12:00

Hej, chciałam napisać, co mi się ostatnio przytrafiło, bo mi to dało do myślenia. Mój Ojciec niedawno się ożenił (pomijam, że ma ślub kościelny z moją Mamą cały czas, możecie się za niego i za tę jego żonę pomodlić, żeby nie żyli w grzechu). Byłam na tym ślubie i weselu, już po uroczystości podeszła do mnie pewna pani (jak się okazało- znajoma panny młodej) i powiedziała, że mnie kojarzy ze swojej parafii, gdyż chodzi często na Mszę na 19.00 i pamięta, że mówię czasem wprowadzenia do czytań. Uderzyło mnie to, bo uświadomiłam sobie, jaka duża na nas ciąży odpowiedzialność – robisz coś w Kościele i nigdy nie wiesz, kto Cię zapamięta i w jakie później go spotkasz sytuacji. Nie mam z moim Ojcem jakiś super relacji i gdybym np. się z nim pokłóciła przy tej babce, to by było trochę takie „antyświadecwto”. To mnie zmusiło do większej refleksji nad moim postępowaniem „poza Kościołem” ;p Cóż za wielka odpowiedzialność ciąży nad każdym, kto głosi Ewangelię! Ale też sobie myślę, że to jest niezły bodziec do starania się o bycie lepszym.:)



P.S. Kiedyś nie wiedziałam, że naprawdę można cieszyć się ze zmartwychwstania Jezusa. A teraz sobie słucham czytań z dnia i naprawdę się cieszę!:D:D:D

gotkot - 09-04-10, 19:36

Chwała Panu!
Grażyna - 07-06-10, 12:48

W nocy nie mogłam zasnąć. To u mnie stało się już "naturalne", ale ta niemoc jest bardzo uciążliwa i trudna, można zwariować ze zmęczenia, a i tak sen nie przychodzi. I w nocy z rozpaczą otworzyłam Pismo Święte, bo może słowa Pana Boga przyniosą pokój w tej sytuacji. I faktycznie dzisiejszy psalm mnie pocieszył: "nie zdrzemnie się Ten, który cię strzeże. Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem". To oczywiste, że Pan Bóg nie śpi, bo chyba nie ma takiej potrzeby, ale dla mnie to oznaczało, że On również w tym ludzkim doświadczeniu chce być blisko mnie i wszystko rozumie, jak to jest...
Achre junior - 13-06-10, 22:07

Dziękuję grającym i śpiewającym za dzisiaj! to wielka łaska móc z wami się modlić! Dzięki!
baśka - 18-06-10, 00:55

nie wiem czy to forum jeszcze ktoś czyta ale co mi tam...napiszę co mnie dzis spotkało...
wracalam z uczelni zmasakrowana egzaminem i walką o wpis(którego nie dostałam :506: ) no i przeszłam sobie przez rynek i szłam w kierunku galerii na przystanek...i już za rynkiem szedł sobie jakiś koleś, co miał koszulkę katolicką jakąś...i ja bardzo chciałam przeczytać co było na niej napisane bo takiej jeszcze nigdy nie widziałam,nie miałam okularów więc się tak czaiłam i szłam obok tego gościa starając się oblukać ten napis...no i tak szliśmy w kierunku w którym on szedł...i tak wyszło, że on wbił do kościoła dominikanów...no to sobie pomyślałam a co mi tam i też weszłam sobie pogadać i się wyżalić. Pan Bóg ma dziwne pomysły, żeby upominac się o kontakt z Nim w taki sposób... :)

Anek - 18-06-10, 21:46

Achre junior napisał/a:
Dziękuję grającym i śpiewającym za dzisiaj! to wielka łaska móc z wami się modlić! Dzięki!


I ja też, ja też dziękuję! A jaka próba owocna była ;)

kasiak - 15-10-10, 19:39

Ostatnio jest mi jakoś ciężko. Widzę, że dużo rzeczy się sypie i nawet nie mam ochoty czegokolwiek z tym zrobić. No, a dzisiaj naprawdę zobaczyłam, że Bóg o mnie walczy :wesoly: . Weszłam na gg i wyskoczyła mi wiadomość od mojego znajomego: "A choćby się góry poruszyły i pagórki zachwiały, jednak moja łaska nie opuści cię, a przymierze mojego pokoju się nie zachwieje, mówi Pan, który się nad tobą lituje."
(Iz 54, 10 )

Kompletnie mnie to rozwaliło. No i nigdy bym się nie spodziewała, że Bóg może mi o sobie przypomnieć na gg :629:

Natek - 18-10-10, 13:51

No, Pan Bóg ma genialne pomysły;) I burzy wszelkie nasze schematy:) A ten fragment jest moim ukochanym cytatem z Biblii, dotyka mnie i wzrusza do głębi, ilekroć go słyszę:):):)
Ewa - 28-01-11, 18:58

A mnie nawróciliście Wy:)
Bo przez sześć lat piszecie w tym temacie, a jak go zakładałam to myślałam, że mój post będzie pierwszy i ostatni:)

Achre junior - 20-02-11, 22:05

Dziękuję za rekolekcje! Nie mówiłem świadectwa, toteż napiszę coś, szczególnie dziękuję bardzo mojej grupce (to super że były takie duże!).
Tak mi ciężko ostatnio we wspólnocie się żyje, a na rekolekcjach było tak jak zawsze, czyli dobrze. Dziękuję Panu za stół Słowa i Mięsa, który obficie zastawiał podczas Eucharystii, katechez, adoracji. Dziękuję też za wspólną modlitwę, bo strasznie mi się ciężko w tej wspólnocie modli ostatnio, a teraz było jak zawsze, czyli dobrze :) I czekam sobie teraz spokojnie aż nie będzie już strasznie :)

A i grającym dzięki, dawno mi się tak nie modliło grając!



<żenujący żarcik>
ps
na przyszłość można zrobić świadectwa w formie pisemnej. Są wtedy krótkie, osobiste i Chrystocentryczne. </żenujący żarcik>

Zielona Paulina - 20-02-11, 23:19

To były naprawde niesamowite rekolekcje! chyba najwazniejsze w moim zyciu :D Dziekuje ! :*
Natek - 22-02-11, 13:50

A ja chciałam napisać, że nie byłam na reko, ale słuchałam sobie homilii i katechez w necie i - jeszcze w połączeniu z czytaniami z dnia, Mszą, modlitwą w ciszy itd., wiadomo - dały mi one bardzo dużo i Pan Bóg mi, tak myślę, sporo przez nie powiedział:) Np. odpowiedział mi na pewne ważne pytanie, które ostatnio nie dawało mi spokoju:) Wiadomo, że nie ma to jak wyjazd, ale to, że mogłam sobie posłuchać tego, co zamieszczono w neciku, jest dla mnie (jako tej, która została w domu;p) nieocenione.:):):) Dziękuję wszystkim głoszącym, nagrywającym i modlącym się za tych, których nie było w Janicach:):*
Maciuś - 08-05-11, 21:01

bardzo polecam http://kapucyni.pl/index....chno-swiadectwo

Wcale nie tylko dla ludzi jakkolwiek zwiazanych z techno

Achre junior - 16-05-11, 21:27

poszedłem sobie na adorację do przedsionka. i taki ucieszony, że sam i będzie cicho..
a Tu słychać br Kazia z kościoła jak z mikrofonu upomina dzieci podczas mszy.. i przerywa cały czas mszę.. i się wkurzam, jak tak mozna.. ..okazało się, że to tylko próba, dlatego trzeci raz jest przeistoczenie..

no i tak sobie siedzę, a tu nagle staruszki z róży różańcowej.. ..niee... tylko nie na głos... no i się zaczął różaniec.. no i tak w sumie siedzę, nie jest źle. Tylko tak myślę: hmm siedzę w kącie, żeby wyjść trzeba by im przerwać i się przeciskać.. no to zostanę jeszcze.. no i tak sobie siedzę i w sumie nie jest źle. Na początku szczęśliwy, że przynajmniej Kaziutka nie słychać jak się z dziećmi na kościele użera, a potem się nawet wkręciłem w modlitwę.
I w pewnym momencie babka obok: "pan też się będzie z nami modlił? :) :):):):) " no to tam też jedną dziesiątkę mówiłem :P no i że kurcze takie to super było. Bo ja bardzo dawno nie widziałem, żeby ktoś się tak modlił prawdziwie i z serca. I jeszcze "szczególnie za nieprzyjaciół Kościoła Świętego"... Ta Staruszkowa modlitwa jakże prosta, ale jak bardzo bliska Jemu.

wyszedłem napełniony Pokojem i zmieniłem myślenie.

dzwonek - 31-05-11, 16:36

posłuchałam: http://www.youtube.com/wa...feature=related
i się nawróciłam.

i niesamowite jest to, jak długo funkcjonuje to forum, tyle tu pozytywnych historii.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group